Dotarliśmy do Zakopanego około 15. Z lekkim opóźnieniem, ale bez bólu. Wydobywszy plecaki ruszyliśmy na Krupówki w poszukiwaniu obiadu. Miasto było zasypane turystami, dzieciakami na koloniach i sam nie wiem kim jeszcze. Okazało się też, że nasz ulubiony mleczak został przerobiony na grill bar z obsługą kelnerską więc odszukaliśmy drugi ulubiony mleczak. Wniosek: zawsze warto mieć plan B (albo wiedzieć gdzie są pozostałe mleczaki, przyp. El.).
Po obiedzie ruszyliśmy na zakupy. Tesco przy dworcu PKP na szczęście spełniło pokładane w nim nadzieje. Po krótkiej wymianie zdań na temat zawartości mięsa w różnych rodzajach konserw zdecydowaliśmy się kupić wino. Wino nie ma w sobie mięsa, ale nie po to wiozłem 400 km korkociąg, żeby zeń nie skorzystać. Następnie złapaliśmy busa w kierunku Morskiego Oka (10 zł od osoby, 30 minut jazdy), aby finalnie odbyć 4-kilometrowy spacer drogą w kierunku jeziora do Wodogrzmotów Mickiewicza, przy których zeszliśmy z szosy (szlakiem tego nazywać nie wypada) tajemniczą przecinką w kierunku Doliny Roztoki. Po kwadransie byliśmy na miejscu.
Zamieszkaliśmy w pokoju nr 6, z widokiem na zaplecze gospodarcze, co może nie jest zbyt fortunną okolicznością, ale widoków chyba się jeszcze naoglądamy bo pogoda jest idealna. Widoczność dochodzi do kilkudziesięciu kilometrów.
Schroniskiem zarządza ta sama przezabawna góralka (łatwo poznać po świetnym akcencie), którą poznaliśmy dwa lata temu, a która wydała nam klucze, piwo i zarządziła stanowczo, że ma przerwę.
O 19 siedliśmy nad mapą żeby zastanowić się nad trasą na jutro, a schronisko zaludniło się ludźmi, którzy zostają na noc.