Bornholm, dzień 5

Widok na wzburzony Bałtyk

Udało się. Dotarliśmy bezpiecznie do Nexø. Eeee, co? Miało być Gudhjem. Było. Po kolei:

Znów wstaliśmy wcześnie. Wcześnie znaczy o 8. W końcu jesteśmy na wakacjach. Prysznic, pomoc pani, której skończyły się środki na prepaidowej karcie prysznicowej, czekoladowy warm mush na śniadanie, pakowanie mobilnego domu i w drogę.

Z Allinge do Gudhjem jest około 13 km. Ruszyliśmy o 09:40 i na 14:00 byliśmy na miejscu. Trasa wypadła nam na południowy wschód wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy, w zasadzie cały czas ulicą biegnącą równolegle do brzegu. Jak zwykle, zacinał potężny, wychładzający i przenikający wszystko zimny wiatr od wschodu.

Wędrówka wzdłuż wybrzeża

Wybrzeże ponownie zmieniło swoją formę geologiczną. Tym razem na kamienistą. Wielkie fale rozbryzgiwały się o zalegające na ich drodze głazy, a my szliśmy, słuchając ryku morza i rozmawiając o kwestiach eschatologicznych i konformizmie w zakresie praktykowania religii (koleżanka El z pracy zapytała kiedyś o nasze wędrówki: „ej, a kiedy wy tak chodzicie razem, to rozmawiacie, czy co?”).

Po drodze trafił nam się miejscowy sieciowy supermarket i odpoczynek na skałach przy szosie w połowie drogi uświetniły nam bułki z serkiem topionym przywiezionym z Polski. Co to była za radość. Co za rozkosz zjeść kawałek chrupiącego pieczywa. Zrozumie tylko ten, kto dzień za dniem szamał papkę. Do rzeczy, za którymi się tęskni i o których się zapomina, dane mi będzie jeszcze wrócić. Poza poruszającą estetyką sztormu i morza z wściekłością wpadającego na ląd oraz mrożącej wichury, do samego Gudhjem już nic się nie działo.

Sztormowe fale uderzające o brzeg

Dotarłszy na pole namiotowe, skonstatowaliśmy, że jest ono umiejscowione na stromej skarpie nad brzegiem morza i zupełnie nie nadaje się do postawienia namiotu w takich warunkach pogodowych. Indagowana na okoliczność alternatywnego miejsca noclegu kręcąca się w pobliżu staruszka okazała się nie mówić po angielsku (pierwsza spotkana przez nas miejscowa osoba niewładająca tym językiem), ale po kilku zdaniach wyszło na jaw, że jest Polką. Skoro Polka nauczyła się duńskiego, to angielski można jej odpuścić.

Wymiana informacji z krajanką zaowocowała tym, że ruszyliśmy do miejscowej portowej wędzarni przemyśleć sprawę przy piwie i śledziu. W tym miejscu zdarzył się cud, którego nie dane nam było zaznać w Hasle, a o którym naczytaliśmy się przed wyjazdem i który był istotnym elementem podróży. Wędzarnia oferowała już (mimo że jeszcze nie sezon) all-you-can-eat fish buffet.

Na środku sali stała lada w kształcie łodzi wypełniona lodem, a wewnątrz czekały skarby Bałtyku przyrządzone na najwymyślniejsze sposoby. Osobno czekały też ryby na ciepło. Za oknem fale przewalały się przez falochron, grożąc małej przystani, a my kawałek dalej, w tawernie, folgowaliśmy swojej miłości do jedzenia, popijając zimnym Tuborgiem i gawędząc trochę z kelnerem na temat poruszania się po wyspie i efektów tłumaczenia menu przy pomocy Google Translate.

Bufet rybny w Gudhjem

Korzystając z miejscowego Wi-Fi, ustaliliśmy też drogą mailową, że na dzień dzisiejszy aktualny jest plan, że prom powrotny przypłynie po nas 6 maja. Pewnie nie widzą, jakie piekło jest w tej chwili wokół Bornholmu. Ten moment, kiedy wiatr odrywa z grzbietu spienionej kilkumetrowej fali wodę i niesie ją samoistnie, a wanty nie grają, tylko wyją nieustannie, to już chyba będzie z 8 w skali Beauforta.

"Jantar" to katamaran białej floty do żeglugi przybrzeżnej. Bornholm jest raczej szczytem jego pełnomorskich możliwości, ale w zasadzie tylko przy sprzyjającej pogodzie. Zobaczymy. Przemyślawszy swoje położenie, zdecydowaliśmy się na odjeżdżający za niecałą godzinę autobus do Nexø i spokojne wyczekiwanie przez 2 dni na miejscowym campingu połączone z odpoczynkiem i zwiedzaniem miasta.

Skutkiem powyższego, dobiegła już końca nasza finalnie 80-kilometrowa piesza wędrówka wokół tej pięknej wyspy. Trochę z tej okazji wypiliśmy nabytą spontanicznie pamiątkę po cywilizacji – puszkę zimnej pepsi.

Puszka Pepsi jako nagroda

Kończę na dziś. Zakładam czapkę i rękawiczki, okrywam nas przeciwdeszczowym ponczo (nowa koncepcja ochrony przed zimnem. Śmierdzi niemiłosiernie, jak wnętrze gumowej piłki plażowej, ale zdaje się dobrze trzymać temperaturę) i folią aluminiową i idę spać. Dziś znowu śpimy z widokiem na morze.

← Poprzedni post ↵ Wróć do spisu wypraw Kolejny post →
Wszystkie: Bornholm - maj 2017