
Wymarsz na ostatni etap wędrówki nastąpił o 06:45 rano. Przeszliśmy szybko przez centrum Ojcowa pod miejscowy zamek - ostatni na naszej trasie. Na miejscu okazało się, że nie tylko my mieliśmy problem z noclegiem w tej miejscowości - podobni nam wędrowcy spędzili noc śpiąc w śpiworach na ławkach w parku. Na miejscu zjedliśmy szybkie śniadanie i ruszyliśmy w dalszą drogę nie czekając na otwarcie obiektu, przewidziane dopiero na godz. 9. Późniejszy research powierdził, że nie miał on zbyt wiele do zaoferowania.
Trasa wiodła na południowy wschod, doliną Prądnika. Ojców okazał się być większy, niż pierwotnie przypuszczaliśmy i niewymownie urokliwy. Okolicę zdobiły małe, kolorowe, drewniane domki i wille, otoczone ogrodami z przystrzyżoną trawą, kwiatami i wypielęgnowanymi drzewami. Rzeka zasila też ekologiczną hodowlę pstrągów "Pstrąg Ojcowski", którą po latach zaniedbań i ruiny przywróciły do przedwojennej świetności nie mające pierwotnie jakiegokolwiek doświadczenia w hodowli ryb matka i córka - Magda Węgiel i Agnieszka Sendor. Miejscowy pstrąg jest zdrowy, niedrogi i ponoć wyjątkowo smaczny. W całej okolicy wszędzie jest zielono i przyjemnie. Dolinę rzeki z dwóch stron otaczają wysokie zalesione zbocza. Z upływem poranka zaczęli nas mijać rowerzyści i biegacze. Co jakiś czas przy drodze mignęła mała kawiarnia. Po jakimś czasie Ojców się skończył i ustąpił miejsca drzewom i łąkom. Po obu stronach szlaku wyrastały w niebo wapienne formacje skalne, jakieś skarpy i urywiska. Przydrożne znaki wskazywały leśne drogi w kierunku licznych jaskiń i punktów widokowych. Niedługo później natknęliśmy się na masywną i robiącą duże wrażenie Bramę Krakowską.
Po jakimś czasie ściany doliny zmalały, aby finalnie zupełnie zaniknąć. Wyszliśmy na otwarty teren, a następnie na drogę. Słońce grzało z bezchmurnego nieba niemiłosiernie. W końcu, po długim i męczącym wdrapywaniu się pod krętą i stromą drogę, o 10:30 zrzuciliśmy plecaki pod murem cmentarza przy kościele św. Idziego w Giebułtowie. Miejscowości znanej z tego, że pierwsze ślady osadnictwa datuje sie tu na neolit, a dla nas istotną o tyle, że wyznaczała półmetek dzisiejszej wędrówki. Wypiliśmy mnóstwo wody, zjedliśmy po lodzie, poleżeliśmy w trawie przez 45 minut i trzeba było znow założyć plecaki.
Szlak wiódł prosto przez przedmieścia Krakowa, zabudowane domami jednorodzinnymi, tak różne od przemysłowych przedmieść, którymi opuszczaliśmy Częstochowę. Przyglądali nam się zdziwieni naszym widokiem spacerowicze i rowerzyści. Wkrótce minęliśmy tablicę informacyjną z nazwą stolicy małopolski i przez osiedla mieszkaniowe, wzdłuż płotów będących w trakcie realizacji inwestycji deweloperskich, a później także przez skrzyżowania ze światłami i parki miejskie dotarliśmy do kresu naszej wyprawy - pętli tramwajowej "Krowodrza Górka". Była 12:50. Po 6 dniach wędrówki ukończyliśmy 160-kilometrowy Szlak Orlich Gniazd. Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie na mecie, daliśmy znać kibicującym nam rodzinom i znajomym i odkładając deliberacje na później, złapaliśmy najbliższy tramwaj na dworzec PKP. Dworcowa toaleta stała się świadkiem pośpiesznej tissue bath i zmiany ciuchów, po czym popędziliśmy na peron łapać pociąg do Warszawy odjeżdżający o 13:41. Około 16:00 byliśmy już w domu. Pralka męczyła się z brudnymi ciuchami, a my braliśmy na zmianę prysznic za prysznicem żeby zdrapać z siebie kurz i zmyć zmęczenie.
I to już koniec przygody na Jurze. Pora zacząć planować kolejną wyprawę. Chcieliśmy też serdecznie podziękować Paulinie i Piotrowi za to, że szli z nami. Do następnego razu.