
Majówka to co roku loteria. Zdarzało nam się rozpływać w marszu z gorąca, zdarzało też owijać się we wszystko, co ze sobą nieśliśmy, żeby nie przemarznąć w nocy w namiocie. W tym roku wyszło coś pomiędzy. W Polsce jest takie pasmo, co do którego nie ma zgody, czy faktycznie jest górskie. Nic dziwnego, najwyższe szczyty na poziomie 600 m.n.p.m. nie brzmią imponująco. Góry Świętokrzyskie rekompensują jednak podobno brak przewyższeń innymi walorami. Postanowiliśmy sprawdzić jakimi. Do przejścia były 93 km. Mieliśmy na to 4 dni. Prognoza pogody zapowiadała, że z każdym dniem warunki będą coraz gorsze. Do przetestowania mieliśmy nowe plecaki, nowe buty i kilka innych drobiazgów. Spakowaliśmy się "na lekko", co w naszym wypadku oznacza wagę całości niesionego sprzętu i zapasów poniżej 12 kg, ale śpiwory jednak wcisnęliśmy zimowe. Po przygodzie z przemarzaniem w namiocie na Bornholmie nie damy się już więcej podejść majówce.
Wyruszyliśmy w piątek 30 kwietnia. Budzik zawył o 6 rano, ale jakoś tak wyszło, że zanim doszliśmy do siebie była już 06:30. Dzień był słoneczny, ale nie gorący. Świetna pogoda do wędrowania. Ruszyliśmy z Warszawy po 7 i około 09:30 byliśmy na końcu planowanej trasy - w Gołoszycach. Dlaczego na końcu? Żeby ułatwić sobie powrót. Główny Szlak Świętokrzyski biegnie w osi wschód-zachód, rozpoczynając się po jednej stronie pasma i kończąc po przeciwnej. Chcieliśmy zostawić samochód na końcu trasy, żeby po jej przejściu nie musieć po niego wracać na początek. Wymagało to odrobiny zachodu, bo w okolicy próżno szukać nie tylko parkingu, ale w ogóle jakiegokolwiek sensownego miejsca postojowego. Z opresji wybawili nas sympatyczni właściciele gospodarstwa, którego zabudowania sąsiadują z wyjściem ze szlaku na drogę publiczną. Zgodzili się przechować nasze auto i nawet podpowiedzieli, że za kwadrans z pobliskiego przystanku odjedzie bus do Kielc. Wymieniliśmy się numerami telefonów, zebraliśmy nasze graty i podziękowawszy za pomoc ruszyliśmy w drogę. Bus krążył rozwożąc ludzi po okolicznych wioskach więc dotarcie do stolicy województwa zajęło mu dłuższą chwilę, ale w końcu dane nam było wysiąść przy dworcu PKP w Kielcach. El, rozpoznawszy budynek, zorientowała się zaskoczona, że już tu kiedyś była. Ja zaskoczony jeszcze bardziej wykryłem, że w centrum miasta wylądowało UFO. Na przeciwko, na środku sporego placu stał jak gdyby nigdy nic obiekt, który najtrafniej opisuje określenie latający talerz. Bliższa inspekcja wykazała niestety, że jest to tylko miejscowy dworzec PKS, ale chwilę ekscytacji miałem. Rzeczona inspekcja ujawniła także, że na bus do Kuźniak, czyli miejscowości, w której zaczyna się GSŚ, w ciągu najbliższych 3 godzin nie ma co liczyć. Wizyta na konkurencyjnym wobec dworca PKS dworcu busów nie poprawiła sytuacji. Nieco zirytowani postanowiliśmy nie tracić więcej czasu i zamówiliśmy taksówkę. Kosztowało nas to niespełna 70 zł, ale pozwoliło dotrzeć na start szlaku krótko po południu i wreszcie wyruszyć w drogę, zamiast smażyć tyłki na krawężnikach. Jak się rzekło, byliśmy już przy kropce i mogliśmy rozpocząć marsz. Przyszła więc pora na długo wyczekiwane śniadanie, które zjedliśmy na granicy pól i lasu kawałek za wioską. Kanapki wzbogaciła połówka wczorajszego kebsa. Miał to być ostatni porządny posiłek na najbliższych kilka dni. W czasie, gdy jedliśmy minął nas młody chłopak z czerwonym plecakiem. Szedł samotnie, nieco szybciej od nas. Spotkaliśmy go jeszcze kilkukrotnie na trasie.
O 1240 wystartowaliśmy na poważnie. Szlak wszedł do lasu i łagodnym podejściem wprowadził nas na usianą białymi kwiatami Perzową Górę (395 m.n.p.m.) Pod szczytem, w niewielkiej grocie mieści się kapliczka św. Rozalii. Następnie droga zeszła w pobliże wsi Hucisko, by po chwili ponownie zacząć się piąć się terenami Suchedniowsko-Oglęborskiego Parku Krajobrazowego na szczyt Siniewskiej Góry (449 m.n.p.m.). Po drodze natknęliśmy się na platformę widokową z perspektywą na południe. Niebo było błękitne, łąki i pola zielone ziemia osobliwie czerwona. Nasz przewodnik twierdzi, że ten region jest bardzo zróżnicowany geologicznie i pełen paleontologicznych skarbów. Można znaleźć tu między innymi skały liczące ponad 500 mln lat, które przywędrowały z regionów oddalonych o ponad 12 tys. km. Przewodnik nie wyjaśnia niestety w jaki sposób rzeczone skały przemieściły się na taki dystans, a szkoda, bo moja mniej niż podstawowa znajomość geologii pozwala stwierdzić jedynie, że nie mógł to być skutek działalności lodowca, który przesuwał się w przeciwnym kierunku. Trudno, rzecz do zbadania przy jakiejś innej okazji. Z Siniewskiej zeszliśmy na Baranią Górę (426 m.n.p.m.), a następnie do wsi Porzecze, gdzie udało nam się znaleźć otwarty jeszcze sklep spożywczy. Wykonaliśmy tym samym plan minimum na ten dzień przechodząc około 14 km, co usprawiedliwiało w naszym mniemaniu odpoczynek na ławce pod sklepem połączony z degustacją zimnego radlera o smaku lemoniady. Spożywczak pozwolił ponadto na nabycie bułek i świeżych pomidorów podnosząc jutrzejszy poranny posiłek z poziomu batonów energetycznych do poziomu śniadania.
Odpoczynek dał okazję do refleksji nad założonymi celami wyprawy i po krótkiej dyskusji uznaliśmy, że jeśli dorzucimy dziś jeszcze trochę dystansu, to całą trasę powinno udać się pokonać w ciągu 3 dni. Nie zwlekając ruszyliśmy dalej. Szlak wyprowadził nas ze wsi przez tonące w ciepłym świetle późnego popołudnia okoliczne łąki przecięte wąskim strumieniem. Napotkawszy kolejny las stromym podejściem zaczęliśmy podchodzić pod Ciosową wchodzącą w skład Wzgórz Tulimskich. Towarzyszył nam nieustanny hałas pracujących na wysokich obrotach silników. Dopiero po powrocie ustaliłem, że w pobliżu mieści się Tor Samochodowy "Kielce". Godne uwagi na Ciosowej jest przede wszystkim odsłonięcie piaskowca tumlińskiego szerokości około 70 m i wysokości do 20 m. Czerwone bloki skalne osiągają głębokość do 4 m i mają około 250 mln lat. Na niektórych z nich występują rysy obrazujące kierunek przemieszczeń zwane ciosami od których pochodzi zarówno nazwa góry, jak i pobliskiej miejscowości. Dalej droga poprowadziła nas na Kamień (399 m.n.p.m.) i Wykieńską Górę (401 m.n.p.m.). Chciałem pocisnąć jeszcze na kolejne wzniesienie, ale słońce chyliło się już ku zachodowi, temperatura spadała, a przed nami było jeszcze szukanie miejsca na nocleg, stawianie namiotu i przygotowanie posiłku. Rozbiliśmy się więc na skraju pola u podnóża Wykieńskiej. Miejsce, choć w miarę malownicze, okazało się fatalne. Nawierzchnia była nierówna, a okoliczna roślinność roiła się od kleszczy. Generalnie nie przepadam za czymkolwiek, co ma więcej niż 4 nogi, ale pasożytów i to roznoszących choroby nienawidzę szczególnie. Nie było już niestety czasu na zmianę lokacji. Namiot rozbiliśmy około 19:30. Kolację stanowił bardzo sycący dwuosobowy liofilizat od travellunch. Żywność liofilizowana to najbardziej wydajny ze znanych mi sposobów żywienia wyprawowego. Jest lekka, smaczna, wysokokaloryczna, łatwa w przygotowaniu i nie brudzi. Zagotowawszy około pół litra wody zalewa się suszoną mieszankę bezpośrednio w opakowaniu, miesza, zaciąga zamek zaciskowy i czeka kilka minut. Efektem jest około 800 g rozgrzewającego posiłku. Najedliśmy się do syta i poszliśmy spać około 21. W nocy było zimno, ale nasze śpiwory utrzymują komfort termiczny do -5o C, więc majówkowe mrozy nas nie wzruszają. Przeszliśmy tego dnia 22 km.













Ranek drugiego dnia był chłodny o trochę wilgotny. Zwinęliśmy szybko namiot i nagleni lekkim deszczem ruszyliśmy w drogę około 08:30. Wdrapaliśmy się szybko na Grodową (396 m.n.p.m.), na której zjedliśmy śniadanie. Nie dane nam było celebrować posiłku zbyt długo z powodu wychładzającego wiatru. W zboczu Grodowej znajduje się kamieniołom zdominowany przez miejscowe czerwone piaskowce. Grodowa była ponadto pradawnym pogańskim miejscem kultu. Mieściło się na niej "miejsce mocy" otoczone kamienno-ziemnymi wałami z VII - VIII w. Mam w szczególny sentyment do pogańskich miejsc kultu i świętych kręgów. Współcześnie pod szczytem stoi chrześcijańska kapliczka z połowy XIX w.
Długi i prosty odcinek szlaku sprowadził nas z Grodowej przez wieś Tumlin, tory kolejowe do lasu pokrywającego zbocze Sosnowicy (402 m.n.p.m.). W lesie szlak był rozjeżdżony, błotnisty i pełen kałuż. Oczekuję specjalnego miejsca w piekle dla zjebów, którzy jeżdżą pojazdami terenowymi po pieszych szlakach. W tej okolicy to prawdziwa plaga. Cały czas padł deszcz, a błota przybywało. Atrakcją tego odcinka okazało się to, że szlak prowadził przejściem dla zwierząt nad trasą S7. Widywałem takie konstrukcje w różnych miejscach, ale tylko od strony jezdni. Przejście zdaje się spełniać swoje zadanie, bo widać było na nim sporo odciśniętych w błocie tropów różnych zwierząt. Około południa dotarliśmy na przystanek autobusowy w Dąbrowie, gdzie nastąpił krótki i niezbyt przyjemny odpoczynek. Przystanek znajdował się przy ruchliwej i hałaśliwej drodze. Ten szlak w ogóle cierpi z powodu tego, że w znacznej części przebiega w pobliżu ruchliwych i hałaśliwych dróg. W międzyczasie przestało padać, ale zaczęło wiać zimnym, nieprzyjemnym wiatrem. Po niecałych 8 km wędrówki wiejskimi drogami dotarliśmy do Masłowa Pierwszego, gdzie trafił się otwarty sklep, w którym mogliśmy uzupełnić zapas wody. Nieśliśmy ze sobą po 2 litry wody na osobę więc dolewki konieczne były codziennie. W pobliżu sklepu znajdował się niewielki, ale zadbany park z placem zabaw i stołami piknikowymi. Jeden z nich zajmowała miejscowa młodzież delektująca się gorącą i parującą pizzą. Zazdrościłem im jak cholera. W parku nie posiedzieliśmy za długo z powodu wyziębiającego wiatru. Jedynym sensownym sposobem na zachowanie ciepła w aktualnych warunkach było pozostawanie w ruchu. Plus był taki, że przywykliśmy już do ciężaru plecaków więc szło nam się w miarę lekko.
Szlak prowadził danej Pasmem Masłowskim na Klonówkę (473 m.n.p.m.), koło Diabelskiego Kamienia, gdzie spotkaliśmy wspomnianego wcześniej chłopaka z czerwonym plecakiem, stromym zejściem ku przełomowi Lubrzanki i stromym podejściem na Radostową (451 m.n.p.m.). Długie i słabo oznakowane zejście sprowadziło nas w okolice wsi Krajno, z której przeszliśmy do Świętej Katarzyny. Po drodze mijaliśmy domy z ogródkami, w których ludzie desperacko próbowali celebrować majówkowy sport narodowy Polaków - grillowanie. Sterczeli nad paleniskami w puchowych kurtkach i zimowych czapkach pilnując kiełbasek. Zbliżał się wieczór i robiło się zimno. W Świętej Katarzynie weszliśmy na teren Świętokrzyskiego Parku Narodowego. U wejścia stała drewniana kapliczka Św. Franciszka przed którą znajduje się źródło utrzymujące stałą temperaturę wody na poziomie 7o C. Źródełko nie zamarza zimą, a woda uchodzi wśród lokalnej ludności za leczniczą. Szlak piął się w tym miejscu na najwyższy szczyt Gór Świętokrzyskich - Łysicę (614 m.n.p.m.). Podejście nieomal w całości pokryte było gołoborzem, co znacznie utrudniało i spowalniało wędrówkę. Zanim się tam doczłapaliśmy słońce zaszło i zaczęło robić się ciemno. Zdążyliśmy zejść tylko do przełęczy Kakonińskiej, kiedy zrozumieliśmy, że trzeba szybko znaleźć miejsce na nocleg, bo inaczej przyjdzie nam łacić po tych kamieniach i stawiać namiot w ciemności. Nie uśmiechało mi się nielegalne nocowanie w parku narodowym, ale nie było wyjścia. Namiot stanął szybko w miejscu płaskim i pokrytym grubą warstwą zeszłorocznych liści. Było, ciepło, cicho i wygodnie. Szybko zagotowaliśmy wodę na liofilizowaną kolację i krótko po 21, już w całkowitej ciemności, poszliśmy spać. Byłem obolały. Czułem drogę w nogach i plecach w ramionach. Przeszliśmy tego dnia 33 km. W nocy donośnie huczał w pobliżu puchacz - największy z występujących w Polsce gatunek sów, którego łacińska nazwa brzmi Bubo bubo, co nigdy nie przestanie mnie bawić.



















Nie pamiętam, żebym kiedykolwiek tak dobrze spał w namiocie. Podłoga z suchych liści okazała się fantastycznie wygodna. Rano powitała nas mgła. Las był w niej skąpany i trochę dezorientujący. Pogratulowałem sobie, że przed snem dokładnie zapamiętałem drogę powrotną na szlak. Wstaliśmy około 6, ruszyliśmy przed 7. Przed nami był najdłuższy dotychczas odcinek i najtrudniejsza pogoda. Potrzebowaliśmy zapasu czasu. Opuszczając miejsce noclegu nie byłem w stanie stwierdzić gdzie dokładnie stał namiot. Z zasady staramy się biwakować w taki sposób, żeby nie zostawiać po sobie żadnych śladów.
Szybko zeszliśmy na przełęcz Św. Mikołaja, gdzie stoi mała zadaszona kapliczka (niezłe miejsce na nocleg bez namiotu), a następnie w pobliże zabytkowej zagrody świętokrzyskiej z chatami z 1820 roku. Śniadanie zjedliśmy przy wyjściu z parku. W pobliżu kręciło się sporo biegaczy, których spotykaliśmy po drodze przez całą pierwszą połowę dnia. Szliśmy drogą wokół wsi Podlesie, kiedy przypałętał się do nas wesoły, mały pies. Szedł z nami tak długo, że zacząłem się martwić tym, że chyba już będzie nasz. Po chwili pojawiła się para biegaczy. Pies poleciał za nimi w boczną, leśną drogę. Trochę smutni ruszyliśmy dalej. Szlak prowadził teraz przez kilka kilometrów wygodną leśną ścieżką wzdłuż granicy parku. Około 9 usłyszeliśmy, że wyją syreny alarmowe, a po chwili lunął deszcz. Prognoza pogody na dziś ostrzegała przed burzami. Deszcz był intensywny, obfity i nieprzerwany. Gdy około 10 dotarliśmy na skraj lasu mieliśmy już mokre buty. Kurtki przeciwdeszczowe i pokrowce na plecaki trzymały się dzielnie, ale z butami był problem. Próbowaliśmy przeczekać pod drzewami, ale przerwa w deszczu miała się pojawić dopiero około 11. Po chwili rozważania za i przeciw zeszliśmy nieosłoniętą polną drogą do wsi Huta Szklana przechodząc obok aktualnie zamkniętej repliki średniowiecznej osady. Za wsią ponownie weszliśmy na teren ŚPN, a konkretnie na 2 kilometrowe podejście asfaltową drogą na szczyt Łysej Góry (594 m.n.p.m.). Po nawierzchni spływały potoki. Lało niemiłosiernie. W butach chlupało. Co ciekawe w tę samą drogę wybrało się poza nami naprawdę sporo turystów. Takich raczej niesportowych, w jeansach i z parasolkami. Mnie by się na ich miejscu raczej nie chciało. Niestety byłem na swoim miejscu, czyli w chlupiących butach. Na szczycie Łysej Góry znajduje się Klasztor Świętego Krzyża o bardzo bogatej historii (Długosz datuje go na 1006 rok i przypisuje fundację Bolesławowi Chrobremu, nieco pewniejsze źródła podają rok 1113 i Bolesława Krzywoustego. To z jego skryptorium pochodzą "Kazania Świętokrzyskie" z XIII wieku - najstarszy zachowany rękopis w języku polskim. W czasie wojny funkcjonował na jego terenie obóz zagłady dla jeńców rosyjskich, w którym zginęło około 6 tys. osób, z którego zachowało się niemieckie ogłoszenie o treści "Ludożerstwo będzie karane rozstrzelaniem"). W klasztorze trwała akurat msza.
Około południa przestało padać. Wykorzystaliśmy szansę przyspieszając nieco. Zeszliśmy do wsi Trzcinka, by po chwili wdrapać się na relatywnie niską Kobylą Górę (391 m.n.p.m.). Weszliśmy na teren Jeleniowskiego Parku Krajobrazowego podchodząc jednocześnie pod Jeleniowską Górę (533 m.n.p.m.). Wkrótce znów zaczęło lać. Leśne ścieżki były pełne błota, w którym można było się zapaść do połowy łydki. Deszcz wychładzał, ale póki szliśmy byliśmy w stanie się ogrzać. Na mokrych stopach pojawiły się odparzenia. Każdy krok wywoływał ból, a kroków do postawienia było dziś jeszcze lekko licząc 30 tys. Zeszliśmy na Jeleniowską przełęcz, by po chwili podejść na Szczytniak (554 m.n.p.m.). Dalej było już tylko w dół. Przełęcz Karczmarka, Wesołówka (469 m.n.p.m.) i Truskolaska (448 m.n.p.m.). Niewiele pamiętam z tego odcinka poza tym, że do listy zmartwień doszedł mi ból w kolanach, który wymuszał pokonywanie co bardziej stromych zejść tyłem. Wkrótce przestało padać i zerwał się wiatr zrzucający gałęzie i kładący co słabsze drzewa. Wiało tak, że podcinało nam nogi. Końcówka trasy opuszczała las i prowadziła drogą między polami. Drżeliśmy już z zimna i traciliśmy czucie w dłoniach trzymających kijki, kiedy około 18 doszliśmy do końca szlaku. Przeszliśmy w tych koszmarnych warunkach 38 km, łącznie w ciągu 3 dni 93 km. Odebraliśmy szybko auto od gospodarzy i pojechaliśmy na najbliższą stację benzynową żeby przebrać się w toalecie w suche i ciepłe ciuchy i trochę umyć korzystając z dostępu do ciepłej wody i umywalki. Rozkręciwszy ogrzewanie do 28o C popędziliśmy do Kielc do najbliższego McDonalda. Big Mac z frytkami oraz Cola z porządną dawką cukru postawiły mnie na nogi na tyle, żebym mógł dojechać do Warszawy.
Ostatni dzień majówki spędziliśmy w całości leżąc w domu na kanapie pod grubym kocem.





