
Chodziło to za mną od jakichś 2 lat: nauczyć się poruszać po górach zimą i z wykorzystaniem sprzętu asekuracyjnego. Wypatrzyłem nawet kurs, z którego chciałem skorzystać. W końcu nadarzyła się okazja żeby plan zrealizować. Po długim oczekiwaniu od dokonania rezerwacji do terminu wyjazdu i krótkich przygotowaniach bezpośrednio przed wyjściem, spotkaliśmy się z Kasią i Kubą w piątek 15 marca o 6 rano i ruszyliśmy do Zakopanego. Droga minęła nam relatywnie szybko i po krótkiej dyskusji o serialach, drugim śniadaniu w przydrożnym McDonaldzie, uspokojeniu sióstr El, które przejęły się naszym kolejnym szaleńczym pomysłem, około południa dotarliśmy na parking w Palenicy Białczańskej. Na miejscu okazało się, że stan zdrowia nie pozwala Kasi wejść z nami na górę. Nastąpiło przepakowanie, kilka ustaleń organizacyjnych oraz przyspieszony kurs jazdy nowym samochodem z automatyczną skrzynią biegów. Po wszystkim Kasia pojechała do Zakopanego, a my we 3 ruszyliśmy zabłoconą i znjomą do znudzenia asfaltową drogą w stronę Morskiego Oka. Widoczne w oddali szczyty wyglądały na pokryte śniegiem, ale na naszym poziomie wyraźnie dominowała wiosna i to raczej taka szaro-bura, niż upstrzona krokusami i przebiśniegami. Zimowo zrobiło się dopiero na wysokości Wodogrzmotów Mickiewicza, w miejscu w którym zielony szlak odchodzi od jezdni i prowadzi w las, a następnie wzdłuż Potoku Roztoka do Wodospadu Siklawa i wreszcie do Doliny Pięciu Stawów Polskich - celu naszej wędrówki.
O ile wcześniejszy odcinek był po prostu spacerem, o tyle po wejściu do lasu zrobiło się stromo i ślisko, a ścieżka okazała się być zaśnieżona. Dodatkowo zrobiło się też bardzo cicho i tak jakoś bajkowo. Szliśmy szybko, oddychając pełną piersią i z każdym krokiem nabierając entuzjazmu. Znów byliśmy w górach, a po chwili zaczął pruszyć śnieg.



Kłopoty zaczęły się w pobliżu wodospadu. Latem do doliny prowadzą dwa szlaki czarny - krótki i zielony - dłuższy. Zimą letnie szlaki nie obowiązują. Mieliśmy przed sobą stromą, przypominającą stok narciarski ścianę, pokrytą grubym śniegiem, a miejscami lodem, pod którą musieliśmy się wdrapać. Pogoda zaczęła się psuć, zerwał się wiatr, a z oddali napłynęły gęste chmury. Idealne warunki na przebywanie w odsłoniętym miejscu. Od razu zrozumiałem dlaczego alpinistom w wysokich górach podejśce kilkuset metrów może zajmować cały dzień. Wspinaczka szła mozolnie jak nigdy, a byliśmy przecież całkiem nisko. Kije trekkingowe pomagały, ale brak raków wyraźnie dawał mi się we znaki. Nogi kilkakrotnie ześlizgiwały się po lodzie. Czasami musiałem obchodzić miejsca, w których nie byłem w stanie złapać przyczepności, czasem zapadałem się w śnieg po kolana. Zsapany i zgrzany wdrapałem się w końcu na górę. Za mną weszła El, a po chwili Kuba. W międzyczasie chmury całkiem przysłoniły niebo i zrobiło się ciemno. Nie czekając popędziliśmy wzdłuż wystających ze śniegu i znaczących drogę tyczek, w kierunku majaczącego w oddali najwyżej położonego polskiego schroniska górskiego.
W schronisku dało się zauważyć, że zimą po górach nie chodzą ludzie z przypadku. Goście wyglądali na profesjonalistów, którzy zjedli zęby nie tylko na miejscowych szarlotkach. Wszędzie dookoła walały się narty, schnące ciuchy oraz ostre i zębate narzędzia wspinaczkowe. Okazało się także, że w całym budynku było zimno. Zimno w jadalni, zimno w pokojach dla gości i na korytarzach. Dobrze, że przynajmniej woda pod prysznicem była ciepła, choć ciśnienie pozostawiało wiele do życzenia. Gniazdek z prądem też było jak na lekarstwo. Schronisko było częściowo przysypane nawianym śniegiem po sam dach, wobec czego część okien otwierała się na coś, co przypominało wnętrze starego i zapomnianego zamrażalnika. Po zameldowaniu się i rozpakowaniu w przydzielonym nam 7-osobowym pokoju udało nam się chwilę odpocząć w świetlicy. W międzyczasie dosiedli się do nas miejscowi, którzy częstowali oscypkiem i słoniną. O 20 odbył się wykład na temat sprzętu używanego w górach w warunkach zimowych, na którym poznaliśmy resztę swojej grupy. Do schroniska ludzie docierali także po zmierzchu, w ciemności i narastającym wietrze. Po wykładzie zmęczeni położyliśmy się spać pod warstwą kilku grubych kocy. Zamieć trwała przez całą noc.




Rano nie musieliśmy się spieszyć ze wstawaniem. Pogoda nadal nie sprzyjała wychodzeniu w góry (sprawdziłem na sobie), więc po obfitym śniadaniu odbyły się zajęcia z wiązania węzłów i obsługi urządzeń asekuracyjnych. Schronisko opuściliśmy dopiero w południe, kiedy wiatr trochę zelżał.
Naukę praktyczną zaczęlismy na pobliskim zboczu od wspomagania wspinaczki czekanem turystycznym. Grupa maszerowała zygzakiem pod górę i w dół, raz w prawo, raz w lewo naśladując zaprezentowany sposób trzymania, przekładania i zahaczania czekana. Później przyszła pora na ćwiczenia zabawniejsze - hamowanie czekanem na wypadek upadku i ześlizgnięcia. Dorośli ludzie tarzali się w śniegu i zjeżdżali na brzuchach i na plecach, głową w górę zbocza, a na koniec również w dół. Hamowanie zjazdu na plecach, glową w dół, mimo, że najbardziej niebezpieczne, było też najbardziej emocjonujące. Zjeżdżaliśmy w ten sposób najszybciej, a impet obrotu ciała niczym wahadła, wokół osi wyznaczonej wbitym w śnieg czekanem był najbardziej dynamiczny. Kolejnym elementem szkolenia było chodzenie w rakach po stromym zboczu. Okazało się to szalenie męczącym i raczej niewygodnym zajęciem, ale trzeba przyznać, że bez raków było by jeszcze gorzej. Dobrze pamiętałem, jak wykończyło mnie podejście dzień wcześniej. Na tych zabawach zleciał nam czas do wczesnego popołudnia, kiedy to wrócilismy do schroniska na posiłek. Uczestnictwo w kursie umożliwiało skorzystanie z pakietu noclegowo-żywieniowego obejmującego dwa noclegi, dwa śniadania, dwa dwudaniowe obiady z deserem (obowiązkowa szarlotka) i dwie kolacje. Wszystkie posiłki były ciepłe, smaczne i obfite.
Po obiedzie przyszedł czas na zabawy z liną i uprzężami. Znaleźliśmy skarpę utworzoną z nawianego śniegu i uczyliśmy się konstrukcji stanowisk asekuracyjnych. Wiązaliśmy ósemki i wyblinki, zakładaliśmy poznane rano blokery, prusiki i stopery. Ćwiczyliśmy kotwiczenie się na zakopanych czekanach i zjazd na linie zahaczonej na "grzybie". Do dziś jestem zdziwiony, że lina zakopana w śniegu, bez żadnej dodatkowej blokady była w stanie utrzymać ciężar człowieka. Pod koniec zajęć wiatr ponownie się wzmógł, zacinając śniegiem, a temperatura wyraźnie spadła. Efekt był taki, że podczas robienia zdjęć przemroziłem baterię w telefonie i szlag ją trafił. Pojemność wyraźnie spadła i konieczna będzie wymiana.






W schronisku czekał nas wykład o planowaniu wypraw i nawigacji, a po kolacji o lawinach i bezpieczeństwie w górach w okresie zimowym. Jako że była sobota, schronisko zaroiło się ludźmi, którzy zeszli z gór, albo dopiero przyjechali się wspinać. Spali w korytarzach i na półpiętrach. W świetlicy widziałem nawet człowiea śpiącego na parapecie. Spanie na podłodze jest w schroniskach normalne, nam też się zdarzało, ale jeśli ktoś tego nie widział, to chyba trudno sobie wyobrazić, jak taka sytuacja wygląda. Równolegle, przy stolikach odbywały się imprezy. Po niektórych uczestnikach było widać, że raczej nigdzie rano nie pójdą. El w ramach walki z zimnem została żyrafą. W nocy wiało już słabiej, a prognoza twierdziła, że pogoda w niedzielę ma się poprawić.

Niedziela przywitała nas słońcem. Niebo było pięknie błękitne, kolorem, jaki widuje się tylko w górach. Temperatura, dla odmiany była dodatnia. W sali jadalnej zwijała się sypialnia. Część ludzi wstawała z podlogi i pakowała śpiwory i karimaty, część jadła przyniesine ze sobą śniadania, części już dawno nie było. Wyszli w góry wcześnie rano. El, która jak zwykle wstała pierwsza obserwowała z okna jak powoli przemieszczali się po okolicznych zboczach. Kuchnia otwierała się dopiero o 8 więc przyszło nam poczekać w kolejce, która wyrosła w pobliżu okienka, przez które wydawane były posiłki. Musieliśmy też spakować się i opuścić pokój. Doba schroniskowa kończyła się około 10. Załatwiwszy drobiazgi organizacyjne byliśmy gotowi do wyjścia. Ostatniego dnia szkolenia czekała nas mała wyprawa, połączona z nauką poruszania w zespołach powiązanych liną i korzystania ze stanowisk asekuracyjnych zakładanych w terenie. Zanim dotarliśmy do wzgórza, na którym mieliśmy ćwiczyć, do doliny przyleciał i wylądował śmigłowiec ratunkowy TOPRu. Chwilę wcześniej zeszła mała lawina w pobliżyu grupy narciarzy skiturowych, ale nikogo nie porwała więc nie bardzo wiedzieliśmy o co chodzi. Nasz instruktor twierdził, że helikopter przywiózł telewizor dla schroniska, ponieważ miejscowy się zepsuł, ale jakoś mu nie wierzę. Faktem jest natomiast, że to schronisko, jako jedno z dwóch w Polsce (w drugim byliśmy jesienią ubiegłego roku i opisalismy je tu), nie ma drogowego połączenia z resztą świta i w zakresie zaopatrzenia zdane jest na wyciąg biegnący wzdłuż zbocza w dół, do miejsca, w którym w piątek rozpoczynaliśmy naszą mozolną wspinaczkę. Wyciągowi zdarza się czasem nie działać.
Po tym krótkim przerywniku przyszło nam wrócić do wędrówki w zespołach. Wzgórze, pod ktore podchodziliśmy nie było wysokie, ale oferowało ściany na tyle strome i przepaść na tyle głęboką, żeby wywoływać dyskomfort. Wdrapawszy się na szczyt po krótkim odpoczynku przeszliśmy do symulacji sytuacji, w której jeden z członków powiązanego liną zespołu spadał i ciągnął za sobą pozostałych ku przepaści. Była okazja przećwiczyć hamowanie czekanem, zakładanie stanowiska asekuracyjnego i zobaczyć jak założyć na linie mechanizm umożliwiający wciągnięcie osoby, która nie jest w stanie sama się wspinać. Jeden z uczestników w trakcie hamowania pechowo upadł twarzą na czekan. Na szczęście skończyło się na rozcięciu skóry, bez poważniejszych obrażeń. Po zejściu ze wzgórza wróciliśmy na naszą skarpę powtórzyć zjazdy na linie i autoasekurację, a na koniec przeprowadzilismy poszukiwania zasypanej ofiary przy pomocy detektorów lawinowych. Nieszczęśnika symulował zakopany pod śniegiem plecak wyposażony w odpowiednie urządzenie. Po wszystkim pośpiesznie wróciliśmy do schroniska. Zależało nam na tym, żeby sprawnie zejśc na parking i ruszyć do Warszawy bo z szacunków wynikało, że dojedziemy raczej późno w nocy.
W schronisku pożegnaliśmy się ze wszystkimi, zjedliśmy szybki obiad i ruszyliśmy w dół zbocza, które w piątek tak nas zmordowało. Tym razem jednak pogoda była piękna, a na stromiznę znalazł się sposób. El jako pierwsza, a ja zaraz za nią zjechaliśmy w dół na tyłkach, mijając w przelocie wchodzących mozolnie turystów. Kuba nie zniżył się do tej dziecięcej zabawy i pokonał zejście zachowując pozycję pionowej. Główną przyczyną było to, że miał na sobie część ciuchów, w ktorych chciał jechać samochodem. Taktyka zjazdów kazała się korzystna i posłużyła nam jeszcze kilkukrotnie na stromiznach na odcinku leśnym. Szybko zeszliśmy do Wodogrzmotów Mickiewicza, a następnie na parking, gdzie po chwili zjawiła się Kasia. Na szczęście już zdrowa. Powrót do domu przebiegł bez wartych wspomnienia wydarzeń.



Rano okazało się natomiast, że tych kilka godzin na słońcu w niedzielę skutkowało dziwaczną opalenizną naszych twarzy, a także oparzeniami ich co bardziej wrażliwych części. Rzecz niby oczywista, jaką jest konieczność stosowania w górach kremów z filtrem UV została jakoś przez nas zlekceważona i odbiła się bolesnym echem. Może w końcu się nauczymy. Tymczasem jednak zajmuje nas już planowanie kolejnej wyprawy.