
Po powrocie ze słonecznych Karaibów El został jeszcze tydzień obowiązkowego urlpu do wykorzystania. Postanowiliśmy zostawić pranie i porządki na później i uciec na chwilę w góry. Plan zakładał krótki, budżetowy wypad z przejściem Czerwonych Wierchów oraz z noclegiem w schronisku na Hali Ornak i ewentualnie na Hali Kondratowej, gdyby naszła nas ochota iść dalej. Na Czerwone Wierchy padło ponieważ najokazalej wyglądają własnie na początku jesieni, a nadto dawno nie byliśmy w tych rejonach i chcieliśmy przespać się gdzieś indziej niż w naszej ulubionej Roztoce.

Wyruszyliśmy z Warszawy w środę 18 września pociągiem do Krakowa. Pociąg był wypchany ludźmi, ale udało nam się usiąść (PKP nadal sprzedaje więcej biletów niż ma foteli w pojazdach) w przedziale z sympatyczną panią, która transportowała ze sobą coś na kształt sadzonek trzciny cukrowej - prezent od siostry. W Krakowie złapawszy w przelocie między dworcami po rogaliku szybko przesiedliśmy się do autobusu do Zakopanego. W Zakopanem (paskudnie upstrzonym billboardami i plandekami z pstrokatymi reklamami) złapaliśmy busa do Doliny Kościeliskiej. Na miejscu byliśmy około 16:45. Było dość chłodno, słońce zaczynało chować się za osłaniającymi dolinę górami, a większość pieszego ruchu turystycznego kierowała się w stronę parkingu. Chłodno i środek tygodnia. Idealny czas na to żeby mieć w górach spokój i ciszę. Do schroniska dotarliśmy o 18. Rozłożyliśmy się w przytulnej choć mrocznej sali wspólnej, podładowaliśmy elektronikę, zjedliśmy smaczny obiad i zaczęliśmy przyglądać się mapie. Gości na miejscu było mało. Rzucała się w oczy, a raczej w uszy para starszych Francuzów i grupa młodych Niemców. Była też jakaś grupa, która szła z przewodnikiem. Gość wyglądał na taternika i chodził po schronisku boso.

Pamiętałem to miejsce z naszego pierwszego wspólnego wypadu w Tatry (chyba w 2014), kiedy przez tydzień błąkaliśmy się z plecakami od schroniska do schroniska i złaziliśmy kawał drogi ze wschodu na zachód. Pamiętam, że nie działała suszarnia, a ciepła woda pod prysznicem była dostępna jedynie od 18 do 20 i od 6 do 8. Na szczęście od tego czasu sporo się zmieniło, choć budynek nadal nie jest podłączony do sieci energetycznej i zasila się z generatora i paneli słonecznych. Niewielka liczba gości była zarówno powodem do radości (ze względu na ciszę i spokój), jak i wróżyła problem natury noclegowej. Problem polegał na tym, że wzięliśmy ze sobą śpiwory i karimaty i zamierzaliśmy spać na podłodze. Schroniska górskie przyjmują pod swój dach każdego, kto do nich trafi (poza, byłym już na szczęście, dzierżawcą Murowańca), szczególnie po zmroku, ale spać na podłodze (za grosze) pozwalają dopiero wtedy, gdy nie mają wolnych miejsc w pokojach (nocleg droższy i mniej klimatyczny). Pozytywny wyjątek stanowi jak zwykle Roztoka. The point is, że nasz zamiar spania na podłodze mogło skomplikować to, że na pewno będą wolne miejsca w pokojach. Problem udało się rozwiązać w drodze krótkich negocjjacj z dziewczyną zarządzającą recepcją poprzedzonych klasycznym, polskim "może się jakoś dogadamy?". Ostatecznie spaliśmy na podłodze mając sami dla siebie dużą salę wspólną na piętrze, z widokiem na góry i nawet bonusowymi kocami i poduszkami.

Rano zebraliśmy się szybko, ale już przy śniadaniu okazało się, że pada i jest nieprzyjemnie, co wstrzymało wymarsz. Pogoda poprawiła się około 08:30 i po kilku minutach byliśmy już na szlaku. Szybko wszliśmy w chmurę, w której pięliśmy się stromym szlakiem aż na szczyt Ciemniaka (2096 m.n.p.m.).

Gdzieś po drodze pojawił się śnieg, a na skałach zrobiło się ślisko. Na miejscu byliśmy chyba około 11. Między Ciemniakiem a Krzesanicą (2122 m.n.p.m.) zerwał się wiatr, zaczęło sypać mokrym śniegiem i zrobiło się nieprzyjemnie. Byliśmy jeszcze rozgrzani po podejściu ze schroniska, ale wiedzieliśmy, że dalsza droga nie będzie obfitować w przewyższenia, a zamiast tego pojawi się znaczna ekspozycja. Trzeba było zaciągnąć kaptury, założyć kurtki i unikać wychłodzenia. Z pomocą przyszedł termos z gorącą herbatą i kupowana przez nas na każdą wyprawę właśnie na takie okazje mleczna czekolada z orzechami wiadomej marki. Posililiśmy się ukryci przed wiatrem za dużą skałą i ruszyliśmy dalej.



Na Małołączniaku (2096 m.n.p.m.) wiedzieliśmy już, że przygoda jest satysfakcjonująca i możemy śmiało wrócić do Warszawy jeszcze dziś w nocy. Minąwszy Kopę Kondracką (2005 m.n.p.m.) - ostatni z Czerwonych Wierchów, zeszliśmy na położoną na wysokości 1863 m.n.p.m. Przełęcz pod Kondracką Kopą (nie mylić z prowadzącą na Giewont Kondracką Przełęczą), a następnie do Doliny Kondratowej do mieszczącego się na Kondratowej Polanie małego Schroniska Na Kondratowej Hali. Ktoś, kto nazywał okoliczne elementy krajobrazu wyraźnie powinien poszerzyć swoje horyzonty. Do schroniska zeszliśmy o 13:20. W trakcie zejścia pogoda zdecydowanie się poprawiła. Kolana mocno dawały mi się we znaki, a El obliczyła, że pokonaliśmy dziś w górę tysiąc metrów i prawie drugie tyle w dół.


Po krótkim odpoczynku zeszliśmy do Kuźnic, gdzie chwilę po 15 złapaliśmy busa do Zakopanego, skąd przedostaliśmy się do Krakowa. Fun fact: w podziemiu dworca PKS w Zakopanem można wziąć za 15 zł prysznic w całkiem cywilizowanych warunkach. W Krakowie przygarnął nas na godzinę dworcowy McDonald, a następnie umiarkowanie wygodna i dysponująca 0,5 gniazdka elektrycznego na pomieszczenie poczekalnia. Do Warszawy dotarliśmy zmęczeni, ale bardzo zadowoleni około 22:30.
Spodobała nam się taka nowa forma wypadu na jedno szybkie przejście i będziemy ją testować na innych szlakach. Przy odrobinie szczęścia jeszcze w tym roku.