
Pretekstem do wypadu w Pieniny był ranking schronisk magazynu turystyki górskiej "N.P.M.", który El wyszperała kiedyś w internetach. Według tegoż rankingu drugie miejsce, tuż za naszą ulubioną Roztoką zajmowało nieznane nam wówczas schronisko "Orlica" położone w Szczawnicy. Krótki research upewnił nas, że chcemy zobaczyć, jak sprawa ma się w rzeczywistości. Kasia i Kuba wyrazili zainteresowanie wyskoczeniem w góry na listopadowy weekend, więc pozostało tylko zarezerwować nocleg i wyczekiwać daty wyjazdu.
Wyruszyliśmy z Warszawy w piątek o 18:30. Na miejsce dotarliśmy około północy. Za Krakowem złapała nas gęsta mgła, która wymusiła obniżenie tempa. Inne przeszkody na szczęście nie wystąpiły. Na miejscu okazało się, że schronisko położone jest na skarpie nad Dunajcem na skraju wsi i właściwie, to można dojechać do niego samochodem i zaparkować na małym parkingu pod samymi drzwiami. Ostatni fragment drogi do przejechania wypadł nam jednak nietypowo - deptakiem i ścieżką rowerową wzdłuż brzegu rzeki. Mgłę na szczęście zostawiliśmy za sobą, więc dane nam było w tej pozbawionej właściwie zanieczyszczenia świetlnego okolicy nacieszyć oczy zapierającym dech w piersiach widokiem Drogi Mlecznej. Odebraliśmy od stróża nocnego klucze do pokoju i poczyniwszy krótkie ustalenia na temat tego, o której wstajemy i dokąd chcemy wędrować poszliśmy spać. Moje łózko było niewygodne.
Poranek wyszedł nam całkiem sprawnie. Śniadanie było smaczne, a o 09:15 byliśmy już w drodze na wschód, w stronę Wysokiej - najwyższego tutejszego szczytu, z którego pieczątki K. i K. potrzebowali do Korony Gór Polski. W grę wchodził jeszcze malowniczy szlak na "Trzy Korony", przechodzący w pobliży Zamku Pienińskiego lecz okazało się, że wędrówka w kierunku zachodnim wymaga przedostania się przez Dunajec, a przeprawa w pobliżu schroniska funkcjonowała jedynie sezonowo - do końca października.
Szybko okazało się, że Pieniny, mimo, że niewysokie, potrafią przyspieszyć człowiekowi oddech na podejściu. Odcinek szlaku bezpośrednio za schroniskiem był mokry, zabłocony i stromy. Po wdrapaniu się na najbliższy kamienisty szczyt, czekało nas zejście w dolinę i ponowna wspinaczka. Na szczęście po trzecim takim razie podejście nieco się wypłaszczyło i droga prowadziła już łagodnie grzbietami trawiastych pagórków wzdłuż polsko-słowackiej granicy z fantastycznym widokiem w każdym kierunku. Panorama pobliskich Tatr robiła oszałamiające wrażenie, a piękna pogoda zachęcała do wędrówki. Było bezchmurnie i ciepło, jak na góry o tej porze roku. Temperatura dochodziła do 9 stopni, choć atakujący na każdej ekspozycji wiatr nieustannie przypominał, że to już prawie zima. Pogoda, jak się okazało ogłupiała nie tylko nas. Wracając wypatrzyliśmy drzewa, które myląc jesień z wiosną wypuściły pąki. Po drodze mijaliśmy też różnej maści biegaczy na treningu, szliśmy skrajem stoków narciarskich, przechodziliśmy przez rozległe pastwiska i zahaczaliśmy o posadowione w ich pobliżu sezonowe chaty dla pasterzy. Okolica zrobiła na nas takie wrażenie, że postanowiliśmy z El wrócić tu w cieplejszych czasach.
Wysoką (1050 m.n.p.m.) zdobyliśmy o 11:50. Godzinę wcześniej, niż wskazywały znaki. W tym wypadku byliśmy jednak nastawieni do ich wskazań nader sceptycznie, bowiem zdarzyło im się w miarę zbliżania do szczytu pokazywać rosnący przewidywany czas dotarcia. Na szczycie nastąpiło rozejrzenie się po przepięknej panoramie okolicy, przybicie pieczątki do książeczek turystycznych i pamiątkowy selfik, ale wysmagani zimnym wiatrem szybko zeszliśmy kilka metrów niżej, żeby na spokojnie wypić niesioną w termosie herbatę i zagryźć czekoladą. W drogę powrotną ruszyliśmy o 12:10. Zejście było dużo łatwiejsze, niż podejście, choć trochę się dłużyło. Do schroniska dotarliśmy o 14:30. Po krótkiej rozkminie na temat tego, czy zupa baraninówka, to dobry wstęp do gulaszu z baraniny, czy raczej dać szansę kwaśnicy i kotletowi drwala zamówiliśmy jedzenie i pyszne miejscowe piwo "Pienińskie" produkowane specjalnie dla tego schroniska. Po obiedzie K. i K. zostali w stołówce, a El i ja zaliczyliśmy zgon w pokoju. Umówiliśmy się na 18 w sali wspólnej na planszówki. Reszta wieczoru minęła nam na grze i degustacji wyjątkowo smacznego tegorocznego Beaujolais Nouveau, które przytargaliśmy ze sobą z Warszawy.
Droga powrotna wypadła nam wokół przepięknego Zalewu Czorsztyńskiego, który chciałem zobaczyć już od kilku lat, konkretnie od czasu, kiedy przeczytałem chwalący go artykuł w Żaglach. Zalew nie zawiódł oczekiwań. Klimatu dodawał temu miejscu fakt, że z przeciwnych jego brzegów spoglądały na siebie dwa średniowieczne zamki broniące dawnej granicy polsko-węgierskiej wyznaczonej nurtem Dunajca. Zamek polski - Czorsztyn udało nam się zwiedzić. Zamek Niedzica był poza sezonem zamknięty. Przespacerowawszy się po zaporze spiętrzającej wody Dunajca zasilające zalew ruszyliśmy do Warszawy.