
07.06.2026
Wypłynęliśmy o 0930 kierując się na NW. U wyjscia z zatoki El wypatrzyła stado delfinów.
Podpłynęliśmy się im przyjrzeć. Piękne
stworzenia. Kręciliśmy jachtem koła wokół stada, a one podpływały i wyskakiwały nad wodę.
Nagrania będą w zbiorczym poście z mediami na koniec relacji. W
południe stanęliśmy przy Agios Ioannis Chapel, miejsca aktualnie
znanego lepiej jako "Mamma
Mia Bay". Bardzo kamieniste dno, duży ruch statków, ciasno. Trudne warunki, ale nie było fali
ani
wiatru, więc udało się zakotwiczyć. Popłynęliśmy pontonem na plażę przeładunkową brytyjskich
turystów (są ich w tym rejonie tysiące) i wdrapaliśmy się na skałę z kaplicą. Widok był piękny.
Ale lało
się z nas niemiłosiernie. Po powrocie na jacht była kąpiel z rufy dla ochłody.
Opłynęliśmy
Skopelos od północy, a między Skopelos a
Skiathos polecieliśmy na SW łagodnymi baksztagami ze średnią prędkością 4 węzłów. Woda była
spokojna.
Wyszło z tego super pływanie. Zatrzymaliśmy się przy plaży wyspy Tsougrias, na południe
od
Skiathos. Przepłynęliśmy 22 mile (273 mm total). Na miejscu byliśmy około 17.
Przy plaży było jeszcze kilka małych motorówek z daytripami i wielki jacht
jakiegoś brazylijskiego miliardera. El jest mistrzema jachtowego stalkingu i potrafi szybko
ustalać, do kogo należy dana jednostka. Promienie słoneczne wpadały przez krystaliczną wodę i
odbijały od białego piasku na dnie tworząc wrażenie, że woda lśni od wewnątrz. Piękna plaża.
W
nocy popłynęliśmy na brzeg. Wspięliśmy się do położonej na skarpie kapliczki nagrać starlapsa.
Zeszły nam na tym 2 godziny. Leżeliśmy w oczekiwaniu na tarasie zbudowanym z gładko ciosanych
kamieni,
które grzały nam plecy. Pod urwiskiem szumiały fale, a w ciemności dookoła krążyły mieszkające
na wyspie
zwierzęta przyprawiając nas co jakiś czas o atak serca jakimś dziwnym odgłosem.







08.06.2026
Od rana wiało. Prognozy na kolejny dzień były burzowe. Raz za razem przelatywały nad nami
samoloty.
Kotwiczyliśmy
na trasie podejścia na lotnisko w Skiathos. Zaroiło się od day tripów, więc Uciekliśmy. Tego
dnia w planach był tylko przeskok do Skiathos. Przepłynęliśmy 3 mile (276 total).
Cumowanie w
Skiathos to była masakra. Dwa promy w porcie robiły fale. Silny, boczny wiatr utrudniał
trafienie we właściwe miejsce na kei. Robiliśmy 4 podejścia w 4 różnych miejscach
zanim
ostatecznie stanęliśmy. Przy którymś podejściu obsługa miała pretensje, że nie stoimy tam,
gdzie chcieli
i że łańcch za krótki. Po drodze
kotwica zahaczyła o coś na dnie i była walka o
jej wyrwanie. Kiedy bosman nie krzyczy już do ciebie z brzegu podczas manewru "skipper" tylko
"my friend", to wiedz, że
stracił szacunek. To był dzień na przeczekanie. Prognoza ostrzegała przed burzami. Czekliśmy w
porcie, aż coś się poprawi. Było gorąco.
Zrobiliśmy
małe
zakupy czas minął nam na czytaniu. Wzięliśmy też wodę i prąd (znów na krzywy ryj, bo nie dało
się inaczej).
Obserwowaliśmy wylewających się z
samolotów
Brytyjczyków. Co ciekawe, Mama Mia cruises zmieniły repertuar na metal i rapsy. W ciągu całego
dnia przybywało wokół nas jachtów. Do wieczorea keja się zapełniła.
Korzystajac z faktu, że
w
Skiathos lotnisko jest prawie w porcie, poszliśmy wieczorem oglądać
samoloty. Fajne doświadczenie. Dotychczas takie lotniska których pas startowy graniczy z
publiczną ulicą lub plażą widywałem tylko w internetach. Teraz dane mi było doświaczyć na żywo
tego, co
się dzieje, gdy stoisz za odrzutowcem dającym pełen ciąg do startu. Podmuch z Ryanaira zerwał El
okulary i odrzucił na dobre 5
metrów. Na szczęście przetrwały. Kiedy
czekaliśmy na ostatni tego dnia samolot przejechał koło nas skuterem koleś w piance nurkowej i z
kołczanem
pełnym dzid? Bełtów? Włóczni? Nie wiem jak to nazwać. Chodzi o amunicję do kuszy podwodnej.
Spearfishing jest tu dość popularny. Gość w miękkiej piance i ze sterczącymi mu za plecami
grotami wyglądał, jak koszmarny teletubiś.
Na rano
zaplanowaliśmy szybki skok przed prognozowaną na
popołudnie burzą. Tak, żeby w momencie, kedy uderzy być już stabilnie zakotwiczeni w jakiejś
osłoniętej zatoce.


09.06.2026
Wypłynęliśmy o 0830. Prognozy się poprawiły. Trzymaliśmy kurs na zachód w stronę zatoki
Pagasyjskiej. Od
południa latała nad nami para greckich myśliwców F16. Jeden nawet przekroczył prędkość dźwięku i
dane nam było na własne uszy odczuć słynny sonic boom.
Pogoda zmieniła się całkowicie.
Poranne
naparzanie wiatrem o prędkości 15 węzłów prosto w dziób pod powłoką sinych chmur zmieniło się w
bezwietrzną patelnię.
Pełne słońce ziało z bezchmurnego nieba paląc wszystko, co nie uciekło w cień. Stanęliśmy
w zatoce Mylos w pobliżu
portu wioski Trikeri.
Kotwica + cuma do skały na brzegu. Przepłynęliśmy dziś 22 mile (298 mm total).
Zatoka oferowała czyściutką wodę i wesołe ciekawskie rybki. Wieczorem poszliśmy na spacer do
portu. Do wioski była półtorej godzinna wspinaczka, z której postanowiliśmy zrezygnować. Po
drodze minęliśmy coś na kształt małej stoczni. Widywałem takie miejsca
oznacozne w locji, ale nie miałem pojęcia, jak wyglądają. Teraz już wiem. Trochę jak lądowy
parking tla statków, trochę jak złomowisko.
Port był malutki. Był też miejscem, w którym pierwszy raz w ciągu tych 3 tygodni zdarzyło nam
się, że nie byliśmy w stanie zapłacić za coś kartą. Konkretnie za lody. Sklep miał awarię
terminala. Pani była tak miła, że zaoferowała nam je za darmo, ale podziękowaliśmy.
Nocą,
kiedy
czytaliśmy na pokładzie przypłynęły
meduzy.
O 22 ostatni raz tego dnia przeleciały nad nami
myśliwce.



10.06.2026
Ruszyliśmy w południe. Wcześniej nie wiało. Po opuszczeniu zatoki byliśmy już w zatoce
Pagasyjskiej. W oddali było widać Volos.
Popływaliśmy na żaglach. Wszystkiego 5h i jakieś 10 mil. Wiało raczej umiarkowanie, ale nam się
nie spieszyło.
Na podejściu do Amaliapoli, w zachodzniej części zatoki
zatrzymała nas policja na motorówce. Sympatyczny gość zapytał czy Polska gra w mundialu i
powiedział, że
właśnie trwa "jet
ski race" i ta część zatoki jest zamknięta do 1830. Była 1630. Stanęliśmy na
obiad i szybką kąpiel w
pobliskiej małej zatoce bez
nazwy.
Obserwowaliśmy pędzące za naszą rufą do mety skutery. Impreza
zwana "Dakar of the Seas" jest ponoć znanym i cenionym eventem. Anyway, o 1930 po kilku
nieudanych
zacięciach stanęliśmy na kotwicy pod Amaliapoli obok znajomych Holendrów na Mr Bean II.
Przepłynęliśmy tego dnia 13 mil (311 total).
W nocy grałem w erpeżki. Nad głową latały mi
myśliwce, a z portu grało disco-grecko. Zawodnicy mieli imprezę po wyścigu.



11.06.2026
Wstaliśmy o 9. Super lenistwo. Od rana latały nad nami myśliwce. Pobliska baza wojskowa była w
tym tygodniu bardzo
aktywna. Trochę poskakaliśmy do wody, wypiliśmy kawę i przed
południem podnieśliśmy kotwicę. Najpierw silnik, żeby podładować akumulator i uniknąć strefy
zakazu
nawigacji wyznaczającej podejście do lotniska wojskowego, a później żagle prawie dokładnie na
północ w stronę Agrii i w
zasadzie cały czas
baksztagiem.
Prognoza pogody straszła burzami w piątek od samego rana. Po głowach chodziło
nam
popłynięcie na noc do Volos, żeby nie ryzykować cumowania w burzy. Stanęliśmy w Agii na kotwicy
pod bulwarem
na szybką kąpiel. W międzyczasie pojawił się wycieczkowiec, którego kotwicowisko zajęliśmy. Była
szybka ucieczka i decyzja, że jednak Volos. Tym bardziej, że przy Agrii jakoś nie znaleźliśmy
wystarczająco osłoniętego miejsca na zakotwiczenie.
W Volos Było trochę gimnastyki z
cumowaniem,
ale się
udało.
Pomógł nam przedstawiciel armatora, który zostawił dodatkowe liny na kei i opisał na Whatssapie
gdzie i jak
stanąć. Spodziewałem się tam muringu, ale go nie było. Musiałem ciągnąć cumę ze śródokręcia do
dziobu innego ich jachtu. Dziwna konfiguracja, ale zadziałała zaskakująco dobrze. Fantastyczni
ludzie w tym Sail Aegean. Skończyliśmy o 1830. Przepłynęliśmy tego dnia 19 mil (330 total). To
był nasz port początkowy i końcowy. Koniec rejsu.
Z Volos według mitu
wyruszali argonauci prowadzeni przez Jazona na wyprawę po złote runo skrzydlatego barana
Chrysomallosa. My byliśmy tylko na wakacjach, a i przepłynięty dystans nawet nie nadaje się do
porównania, ale nie sposób nie zauważyć, że Grecja z morza nabiera takiego trochę bajkowego
charakteru. Łatwo tu zapomnieć o codziennej rzeczywistości.
Na koniec dnia poszliśmy jeszcze na spacer po porcie. Volos ma wielką miejską marinę chronioną
ponad 500-metrowym falochronem. Oczywiście, że musiałem pójść na sam koniec. W trakcie powrotu
wypatrzyliśmy żółwia morskiego, który kołysał się na falach tuż przy powierzchni wychylając co
chwilę głowę dla zaczerpnięcia oddechu. Na końcu
deptaku natknęliśmy się jeszcze na imprezę plenerową związaną z odzyskaniem przez Grecję
niepodległości. Był koncert i jakieś wizualizacje. Wreszcie wróciliśmy na łódkę. Do 3 nad ranem
walczyliśmy pod pokładem z komarami .



12.06.2026
Na sąsiedzkich łódkach od rana widać było sprzątanie i przygotowania. W sobotę miały ruszyć
kolejne
czartery. Zrobiliśmy zakupy na drogę do Aten. Spotkaliśmy na kei znajomych Holendrów z mr Bean
2. I przygotowaliśmy jacht do odbioru.
Najpierw był checkout
techniczny.
Personel armatora sprawdzał, czy czegoś nie zniszczyliśmy. Następnie check-out
mechaniczny
silnika głównego i zaburtowego silnika dinghi oraz windy kotwicznej. Na koniec dno jachtu
sprawdzał nurek. Po
przeglądzie
mechanicznym byliśmy już wolni. Nurek nie wchodzi na jacht. Gdzieś w trakcie check-outu
odwiedził
nas żółw morski. Nie wiemy, czy ten sam, co wczoraj, ale widać było, że wewnątrz portu czuł się
swobodnie. Skorupa prawie metrowej średnicy. Pływał sobie w porcie w pobliżu jachtów
i wystawiał głowę. Półźniej z właściwym żółwiom spokojem odwrócił
się i
odpłynął.
W ramach obiadu poszliśmy na suvlaki, czyli takie małe kebsiki. Krótko po 16,
kiedy wracaliśmy na
jacht
walnęło. Sine niebo przecięły błyskawice. Wiatr porwał kurz z ulic i spienił fale. Deszcz zaciął
i
spadła temperatura. Męczący od rana zaduch zniknął w oka mgnieniu. Rozsiedliśmy się na jachcie
słuchając burzy i oglądając podejścia skipperów, którzy nie zdążyli dopłynąć.
W pewnym
momencie
dostałem wiadomość, że formalności zakończone i mogę podejść do biura odebrać
kaucję. Ucieszyłem się. Była to spora kwota. Jak się nad tym zastanowić, to prawie połowa ceny
czarteru. Zarzuciłem sztormiak na plecy, wsunąłem klapki na nogi i ruszyłem w
deszczu do biura. Na miejscu porozmawiałem z przesympatycznymi ludźmi z firmy armatorskiej,
wypełniłem różne ankiety i ustaliłem, do której musimy zejsć z jachtu.
Zaliczyliśmy jeszcze
wieczorny spacer i w końcu
zaczęliśmy się pakować. Rano był autobus do Aten, a w niedzielę samolot do Warszawy i już znowu
trzeba
myśleć o nowej przygodzie.





