
Pół roku z pandemią koronawirusa wszystkim dało się we znaki. Nam również. Postanowiliśmy pojechać w góry żeby podładować baterie i jakoś tak się złożyło, że ponownie trafiliśmy w Pieniny. Tym razem towarzyszyła nam kuzynka El - Gabi, z mężem Krzysztofem, zwanym Krzysiem. Gabi i Krzyś przyjechali do nas pociągiem z Gdańska. Odebranie ich z pociągu utrudnił zbieg dwóch okoliczności. Po pierwsze Rondo Czterdziestolatka było akurat przedmiotem jakiegoś remontu, który dezorganizował przejazd, a po drugie parking podziemny Złotych Tarasów okazał się piekielnym labiryntem. Na szczęście w końcu udało nam się wydostać.
Następnego dnia rano ruszyliśmy do Szczawnicy. Podróż samochodem minęła szybko, ale pewien niepokój budził intensyfikujący się w miarę zbliżania się do celu deszcz. No biggie. Poradzimy sobie. Na miejscu na szczęście padało już tylko umiarkowanie. Na ten dzień nie planowaliśmy żadnych szczególnych atrakcji. Dojechaliśmy po południu i zajęliśmy się sprawami organizacyjnymi. Udało nam się kupić dobrą mapę, zrobić mały zapas słodyczy i zarezerwować miejsca na tratwie na sobotni spływ Dunajcem. Smaczny obiad zjedliśmy "Pod Siekierkami" - w lokalu, który Krzysiowi polecił ktoś z pracy. Nocowalismy podobnie jak rok temu, w schronisku Orlica. Wieczór upłynął nam na intensywnej rywalizacji w planszówki. Schronisko było prawie puste, więc mogliśmy bez przeszkód rozgościć się w pomieszczeniu sąsiadującym z jadalnią na parterze idealnie nadającym się do tego typu zadań. Jutro rano ruszamy na Trzy Korony.




Na śniadanie był warm mush. Wystartowaliśmy o 09:15. Było słonecznie i gorąco, a w drodze mijaliśmy tłumy turystów. Spodziewamy się, że ich liczba jeszcze wzrośnie w ciągu dnia. Pieniny nie są wysokie, więc większość wędrówki przypadała nam przez las i w cieniu przyjemnie zielonych jeszcze drzew. Jesień dopiero się tu zaczynała. Pierwszym na naszej trasie szczytem tworzącym Trzy Korony była Okrąglica (982 m n.p.m.), na której szczycie mieści się taras widokowy. Przejścia strzeże mała drewniana budka, w której młoda dziewczyna pobiera opłaty za wejście w wysokości 6 zł od osoby. Dostęp na taras wymaga pokonania kilku metalowych pomostów i schodów, na których uformowała się mimo wczesnej pory pokaźna kolejka. Staliśmy w niej około pół godziny. Na szczęście okazało się, że było warto. Panorama rozpościerająca się z tarasu zapiera dech w piersiach. Widoczność była naprawdę dobra. Z bliska można było obejrzeć malowniczy Pieniński Przełom Dunajca, a w oddali także Tatry, Beskid Sądecki, Gorce i Beskid Żywiecki. Pogoda dopisała idealnie. Niestety tłum oczekujących na swoją kolej na schodach turystów wymuszał pewien pośpiech i ograniczał możliwość zachwycania się widokami. Na Okrąglicy stanęliśmy godzinę przed czasem, co doprowadziło nas do przekonania, że znaki na szlaku uwzględniają oczekiwanie w kolejce na wejście. W drodze powrotnej okazało się, że ilość ludzi pragnących skorzystać z tarasu znacznie wzrosła i czas oczekiwania wyglądał na moje oko lekko na godzinę. Potwierdziła się zasada, że w góry wygodniej wychodzić wcześniej, niż później.



Po krótkim odpoczynku szlak powiódł nas dalej na wschód. Po drodze dyskutowaliśmy o księżniczkach Disney'a i o kryteriach, jakie trzeba spełnić, żeby takową zostać. Pocahontas i Moana, jako córki jedynie wodzów plemiennych wyznaczały oś sporu. Po krótkiej chwili dotarliśmy do ruin Zamku Pienińskiego, które jednak nie były dostępne do zwiedzania z powodu remontu. Z bliska dało się zobaczyć jedynie kaplicę św. Kingi - żony Bolesława Wstydliwego. Następnym przystankiem na naszej trasie była Sokolica (747 m.n.p.m.). Trasa na szczyt szła w ostatniej fazie granią nad pokaźnej głębokości urwiskiem, więc przemieszczaliśmy się powoli. Nie pomagało, że również w tym miejscu zaczęło się robić tłoczno. Około południa usiedliśmy na skałach w pobliżu słynnej Sosny na Sokolicy żeby odetchnąć i porobić zdjęcia. Znane z każdej pienińskiej pocztówki i każdego podstawówkowego podręcznika geografii ponad 500 letnie drzewo nie wygląda już niestety jak na zdjęciach. W 2018 roku jej korona została uszkodzona pędem powietrza wydobywającego się spod wirnika helikoptera, który prowadził w pobliżu akcję ratunkową. Dalej trasa wiodła już tylko w dół. Było wąsko i stromo, ale jednak w dół. Około 14 dotarliśmy do podnóża masywu Trzech Koron nad brzeg Dunajca. Za 4 złote od osoby miejscowy flisak przeprawił nas tratwą przez rzekę pod samo schronisko. Zgodnie ze złożoną na szlaku obietnicą na miejscu zamówiłem coś smażonego z frytkami i zimne, czeskie piwo. Turystów w schronisku było wyraźnie więcej, niż dnia poprzedniego. Po posiłku przyszła pora na odpoczynek po wędrówce, więc około 17 udaliśmy się na drzemkę. Spaliśmy do 19, a później przyszedł czas na miejscowe szarlotki, bezy z bitą śmietaną i kontynuację zmagań w iKnow i Times'up do późna w nocy.




Poranek przywitał nas mgłą i mżawką. El, jak zwykle, była pierwsza na nogach. Przewidzianą na dziś atrakcją był spływ Dunajcem. W Szczawnicy jest sporo podmiotów oferujących organizację spływu. Ceny różnią się nieznacznie. Trzeba tylko uważać na oszustów, którzy do ofert upublicznionych w cenniku, usiłują doliczać różne dodatkowe opłaty. Transfer w górę rzeki do miejsca, w którym rozpoczyna się spływ realizowany jest autokarem. W miejscu startu są sanitariaty, kasy i małe muzeum. W nim można dowiedzieć się wiele na temat na przykład tego, w jakim stanie wolno było, a w jakim nie wolno było uczestniczyć w spływach na początku XX wieku (zdjęcie poniżej). Spływ Dunajcem to świetne przeżycie, nie tylko ze względu na przepiękne widoki i budzący zawrót w głowie majestat przyrody, lecz również za sprawą flisaków, którzy po drodze dzielą się z pasażerami swoją obszerną wiedzą na temat, historii, geografii i kultury regionu. Nasz przewodnik robił to z zaczepnym humorem więc w treść wykładu wplatał różne własne mądrości w stylu "w najgłębszym miejscu Dunajec ma około 8 metrów głębokości. Tam udzielamy rozwodów.", lub "lepiej, jak pasażer nie umie pływać. Jak ktoś nie umie, to się mniej męczy". Same opowieści flisaka są warte ceny biletu. Jako ciekawostkę można dodać, że aktualnie koryto rzeki na dystansie około 1,5 km przebiega po słowackiej stronie granicy. Na szczęście nie znalazł się nikt, kto chciałby nas z powodu takiego przebywania za granicą zamykać na kwarantannie. Około 1315 dopłynęliśmy pod nasze schronisko. Na miejscu wygospodarowaliśmy chwilę na kawę i ciastko, a następnie ruszyliśmy do Wąwozu Homole. Trasa okazała się malownicza, ale raczej spacerowa. W pewnym momencie odbiliśmy na szlak wiodący na znaną nam z ubiegłego roku Wysoką. Ponownie przywitało nas na nim głębokie i rozjeżdżone błoto. Po chwili dotarliśmy do najbliższej polany i naszym oczom ukazała się piękna panorama i gładkie zielone zbocze. Zimą funkcjonuje tu mały wyciąg narciarski. Teraz była to ogromna polana piknikowa. Posiedzieliśmy na trawie i ruszyliśmy w dół. Zejście umilała nam zabawa w próbę szybkiego, naprzemiennego wypowiadania słów "skrzypce" i "szksypcze". Gabi płakała ze śmiechu. Idyllicznego obrazka dopełniło spotkane w połowie drogi pędzone w górę przez juhasa stado owiec z dzwonkami na szyjach. Po dotarciu do schroniska okazało się, że jest ono dosłownie oblężone przez turystów, a z kuchni zniknęła już z tego powodu część dostępnych dań. Na szczęście po chwili starań udało nam się zdobyć coś do jedzenia i wolny stolik. Wieczorem znów były planszówki. Turyści na szczęście zniknęli po zapadnięciu zmroku.











W niedzielę rano przyszło nam pożegnać Orlicę i ruszyć w stronę domu. Po drodze zahaczyliśmy o położony nad Jeziorem Czorsztyńskim Zamek w Niedzicy. Rok temu nie udało nam się go zwiedzić, więc chcieliśmy ponowić próbę. Próba okazała się skuteczna, a zamek wart zwiedzenia. Do Warszawy dotarliśmy około 18. W sam raz aby Gabi i Krzyś zdążyli na pociąg powrotny do Gdańska.
