
Spotkaliśmy się na konferencji prawa sportowego, którą Kuba organizował pod koniec listopada. Od słowa do słowa wyszło, że za tydzień leci do Hiszpanii na kurs nurkowania i ma wolne miejsce w grupie. Nie zastanawiałem się ani chwili. Szybko dałem znać w biurze, że mnie nie będzie, kupiłem bilety i sprawdziłem jakich w ogóle się tam na miejscu spodziewać temperatur. Nurkowanie zawsze mnie fascynowało i przez większość mojego życia zajmowało wysokie miejsce na liście pt. "Kiedyś koniecznie muszę to zrobić". Szczerze mówiąc nie lubię tej listy. Jest za długa.





Wyleciałem z Emkiem (naszym trzecim w ekipie i moim przyszłym diving buddy) z Modlina lotem do Malagi przez Eindhoven. Był lot w maskach. Były paszporty covidowe. Był cały ten cyrk z mierzeniem temperatury na różnych bramkach. Masakra. Kuba doleciał na miejsce skądinnąd. Nie pamiętam już skąd. Był na jakiejś (oczywiście) konferencji. Czekając na niego wynajęliśmy samochód i pojechaliśmy coś zjeść. Miałem wtedy moją pierwszą styczność z wąskimi jak cholera hiszpańskimi parkingami schowanymi wewnątrz wydrążonych budynków. Wysiadanie na nich z samochodu przez okno, czy nawet bagażnik nie jest tam niczym szczególnym. Po krótkim zwiedzaniu i szybkich tapasach odebraliśmy Kubę z lotniska. Dalej była kolejna, tym razem dłuższa sesja zwiedzania Malagi i wieczorny transport do naszej bazy noclegowej - mieszkania w nadmorskim Casares Costa.




Nazajutrz poznaliśmy naszych instruktorów Suzanne i Ludo i wzięliśmy się do ćwiczeń. Na spokojnych i bezpiecznych 6 metrach głębokości, które osiągnęliśmy schodząc z plaży, ćwiczyliśmy obsługę sprzętu, kontrolę pływalności i przemieszczanie się pod wodą. Emek i ja nurkowaliśmy z Suzanne. Kuba, który podstawowy kurs nurkowy miał za sobą ćwiczył z Ludo coś innego. Chyba nawigację pod wodą. Dostaliśmy też dostęp do teoretycznego kursu on-line, który musieliśmy zaliczyć przed zakończeniem kursu. Reszta dnia minęła pod znakiem zakupów, zapasów i różnych głupot organizacyjnych. Nie zauważyłem tego wczoraj po ciemku, ale w pogodny dzień z naszego balkonu widać Afrykę.

Drugi dzień nurkowań, w tej samej okolicy polegał na ćwiczeniu procedur bezpieczeństwa. Podawanie tlenu partnerowi, zdejmowanie i zakładanie sprzętu na dnie, przedmuchiwanie zalanej maski (słabe doświadczenie dla kogoś, kto nosi soczewki kontaktowe), itp. Dużo tego było. Zdjęcie maski pod wodą wymagało ode mnie chwili na uspokojenie. Na koniec ruszyliśmy eksplorować pobliski podwodny kanion. Właściwie mały kanionik, ale i tak byliśmy pod wrażeniem. Było to potrzebne, jako wstęp do nauki nawigacji, ale także dlatego, że mieliśmy wrócić tu wieczorem.



Właśnie tak. W planie mieliśmy dwie dodatkowe i nie objęte wymaganiami kursu Open Water Diver atrakcje. Pierwszą z nich było nurkowanie nocą. Na plażę dotarliśmy o zachodzie słońca. Robiło się zimno, więc szybko pozakładaliśmy pianki. Ludo w międzyczasie upewnił się, że nasze papiery są w porządku. Wyjaśnił, że bliskość Maroka wiąże się z tym, że nocna aktywność w wodzie musi być zgłaszana lokalnej policji. Moglibyśmy mieć kłopoty, gdyby przypadkowy patrol wziął nas za przemytników. Wspomniał też, że zdarzyło mu się widzieć na plaży po sztormie charakterystyczne pozawijane w folię pakunki znane nam głównie z amerykańskich filmów. Fajnie.

W miarę oddalania się od brzegu robiło się ciszej, ciemniej i zimniej. Morze nocą to coś niesamowitego. Włączyliśmy latarki, podzieliliśmy się na mniejsze grupy i ruszyliśmy do podwodnego kanionu. Poza snopem świateł latarek nie było widać nic. Woda była czarna. Po chwili, gdy zbliżyliśmy się do skał objawiło się życie. W tej raczej przerażającej formie. Były wielkie skorupiaki, rozgwiazdy, wyjątkowo brzydkie ryby z groźnie wyglądającymi kolcami. Natknąłem się nawet na wystającą z załomu skalnego murenę. Spędziliśmy na dnie około godziny. Kiedy wskaźnik poziomu powietrza zbliżył się do umówionej granicy, rozpocząłem wynurzenie. Czekaliśmy później chwilę z moim diving buddy i przewodnikiem unosząc się na powierzchni, gapiąc w rozgwieżdżone niebo i przetwarzając emocje.






W sobotę spakowaliśmy się wcześnie i ruszyliśmy wzdłuż brzegu na południowy zachód w stronę Gibraltaru. "The Gib" to skrawek lądu i kawał skały sterczący z morza, wydrążony wewnątrz jaskniami i tunelami i przerobiony na baterię artyleryjską, która strzegła cieśniny gibraltarskiej i wejścia z Atlantyku na Morze Śródziemne. Skała oraz otaczajacy ją kawałek lądu to od ponad 300 lat terytorium zamorskie Wielkiej Brytanii będący przedmiotem sporu terytorialnego z Królestwem Hiszpanii. Ma swoją własną walutę, hymn, lotnisko, port, policję i jest w ogóle fascynującym miejscem. Popatrzcie tylko na TO zdjęcie z Wikipedii. Ma też wraki. Dookoła Gibraltaru, na różnych głębokościach roi się od zatopionych statków. Kilka z nich dane nam było tego dnia zobaczyć z bliska. Odbyliśmy dwa nurkowania, po czym skoczyliśmy do plażowego baru na brytyjskie piwo. Ludo wypisał nam kwity i staliśmy się dumnymi posiadaczami uprawnień OWD w systemie PADI.







Kolejne dni mijały nam na zwiedzaniu okolicy. Zrobiliśmy trekking w pobliskich górach połączony z kąpielą w leczniczych źródłach znanych jeszcze z czasów rzymskich. Byliśmy na stekach w Casares - miasteczku śnieżnobiałych domków wlepionych w strome skały. Oglądaliśmy słynące z wyrobów skórzanych i małego, urokliwego Plaza de Toros miasteczko Mijas. Błąkaliśmy się godzinami po starym mieście Kadyksu i Jerez de la Frontera. Kadyks szczególnie mi się spodobał. Uwielbiam portowe miasta. Na każdym kroku czuć słony zapach morskiego powietrza. Na każdym rogu widać ślady bogactwa, które zapewniał miastu morski handel. Odwiedzidzieliśmy jeszcze jedno szczególne miejsce w tym regionie. Na południowym skraju Hiszpanii mieści się miasteczko Tarifa. Samo w sobie niczym się nie wyróżnia, no może poza fantastycznymi śniadaniami w Manduka Cafe i bajeczną Playa de Los Lances, ale mieści się na najdalej na południe wysuniętym skraju półwyspu iberyjskiego, w miejscu, gdzie Atlantyk łączy się z Morzem Śródziemnym. Można tam stanąć na wychodzącym w wodę deptaku i mieć na wyciągnięcie ręki oba akweny. W oddali widać port Tangieru, a pomiędzy kontynentami fantastyczne zjawisko dzielenia się wody. Te sąsiadujące ze sobą akweny mają różny skład chemiczny, różne zasolenie, różną temperaturę, kolor i mnóstwo innych parametrów. W praktyce oznacza to, że nie mieszają się ze sobą zbyt dobrze. Na powierzchni widać wyraźnie, gdzie przebiega granica. Morze Śródziemne jest niebieskie, a Atlantyk granatowy. Między Europą a Afryką przebiega widoczna gołym okiem linia na wodzie.













