
Trenujemy z El od jakiegoś czasu pływanie. W zorganizowany sposób - w klubie sportowym. Regularnie, z trenerami, planami treningowymi i obozami. No właśnie. Obozami. Klub o zabawnej dla mnie osobiście nazwie Palestra Pływania organizuje corocznie kilka różnych obozów treningowych. Są sylwestry w Zakopanem, są letnie kolonie dla dorosłych w Piszu, są kondycyjne majówki i listopadówki w Cetniewie. Są wreszcie także zagraniczne obozy open water. Na różnych hiszpańskich wyspach lub jak w tym wypadku nad przepięknym, górskim Lago di Garda we Włoszech. Z Palestrą zakumplowałem się na początku 2022 roku i od tego czasu jestem na basenie 2, 3 razy w tygodniu. El dołączyła niedawno, ale zanosi się na to, że zostanie na dłużej. Sport to jedno, ale atmosferę robią fantastyczni ludzie, z którymi po prostu chce się spędzać czas. Nawet w czwartej strefie tętna (w tym miejscu ciepłe pozdrowienia dla Agi, która ma na płetwach napis "Speed Monster").

Wyjazd nad Gardę trwał tydzień, a kończył się startem w zawodach z cyklu Swim the Island wokół bajecznego Sirmione. Mieszkaliśmy i trenowaliśmy na zachodnim brzegu, w słonecznym Salò. Było gorąco i przepięknie. Objadaliśmy się pizzą, arbuzami, gelato i dolci. Piliśmy wino na dachu hotelu i kawę przy małych okrągłych stoliczkach w zakamarkach starego miasta. Uprawialiśmy jogę w parkach o poranku i zachodzie słońca. Nawet wdrapaliśmy się na pobliską górę, a część ekipy zaliczyła jeszcze przejście po via ferrata. Ludzie jeździli skuterami i na szosówkach, ale przede wszystkim pływaliśmy. Co to było za pływanie. Jak w morzu. Tylko bez soli i z mniejszą falą. Warto było spędzić tych kilkanaście godzin w samochodzie w każdą stronę, prowadząc na zmianę przez całą noc, żeby popływać w tej wodzie. Forma rosła, dystanse się wydłużały, a czasy skracały.







W połowie wyjazdu wypadł nam dzień z treningiem dopiero wieczorem, więc wykorzystaliśmy okazję, żeby skoczyć do pobliskiej Wenecji. Ja widziałem miasto na wodzie za dzieciaka, ale El nigdy nie była. Pierwotny plan był taki, żeby do Wenecji jechać pociągiem, ale włoska kolej zastrajkowała. Pociąg najpierw miał być opóźniony godzinę, a później zmienił na status "nie wiadomo kiedy będzie". Rzuciwszy mu kilka gorzkich słów pojechaliśmy samochodem. Sama Wenecja nie rozczarowała. Żar był co prawda taki, że na placu Św. Marka było pusto i wszyscy turyści chowali się w arkadach, ale uliczki są tam wąskie, więc da się przemieszczać w cieniu. Przepłynęliśmy się Canal Grande, weszliśmy na Ponte di Rialto, obejrzeliśmy Palazzo Ducale, a na koniec przejechaliśmy się na gapę autobusem miejskim wywożącym turystów z wyspy w okolice parkingów, bo aplikacja od biletów wieszała się i pluła błędami.









Wreszcie pod koniec tygodnia przyszedł czas startów. Pojechaliśmy do Sirmione wcześniej, żeby każdy zdążył się zarejestrować, odebrać pakiet, pozwiedzać i zorganizować. Nasza ekipa ścigała się na dystansach 1800 i 3200 m. Ja płynąłem razem z trenerem Andrzejem w malowniczym Sunset Swim na 1500 m. Dystans co prawda nie liczył się do żadnej klasyfikacji, ale za to ustalony był tak, żeby finisz wypadał wraz z zachodem słońca. Pływacy wychodzący z wody mogli liczyć na rozdawane na mecie Aperole i imprezę rozkręcaną przez DJ-a. Dlaczego i jaki to ma związek ze sportem? Dlatego, że la dolce vita i la bella Italia. O!






Następnego dnia pozostało nam już tylko przejechać tunelami, w których kręcono fantastyczny pościg w filmie o przygodach Jamesa Bonda "Quantum of Solace", przewlec się przez zamulającą Austrię, której szczerze nie znoszę, aby popołudniem dotrzeć do ostatniej atrakcji tego wyjazdu - bajkowego Neuschwanstein Castle. Później był tylko szybki nocny przelot po niemieckich autostradach i w poniedziałek nad ranem byliśmy w domu.

