
To był prezent urodzinowy. El zaszalała i zorganizowała dla mnie wycieczkę do Londynu. Nigdy nie byłem, a trochę czuję, że powinienem, że warto. W ogóle chyba wszystkie europejskie stolice to taki trochę must have, żeby czuć jakąś łączność w obrębie naszego kręgu kulturowego. Nie wiem. Tak sobie gdybam. Brexit był głupi i szkodliwy. Anyway, przygotowaliśmy listę rzeczy, które chcemy zobaczyć, porezerwowaliśmy bilety i wejściówki i dalej było już z górki.

Zapakowaliśmy się wcześnie rano do samolotu i o jakiejś 8 byliśmy na Luton. Później godzina w autobusie (fun fact: przejeżdżał obok Baker St.) i naszym oczom ukazała się stolica Wielkiej Brytanii. Przyjechaliśmy z małymi plecakami, więć nie było sensu pchać się do hotelu. Tym bardziej, że było zdecydowanie za wcześnie na zameldowanie. Ruszyliśmy od razu w miasto. Podeszliśmy pod Buckingham Palace. Widzieliśmy Downing St., Westminster Abbey, Big Bena, Palace of Westminster, przeszliśmy po Westminster Bridge i pod London Eye.

Nasz spacer wzdłuż Tamizy wiódł nas w stronę Borough Market, gdzie zatrzymaliśmy się na jedzenie w The Black Pig. Targ był zatłoczony, ale gastronomia jest tam przemyślana i bez problemu znaleźliśmy miejsce, żeby usiąść i chwile odpocząć. Później ruszyliśmy w stronę Tower Bridge, Tower of London, St. Katharine Docks i weszliśmy do City.
Z zadartymi głowami nawigowaliśmy między wieżowcami ze stali i szkła, aby w końcu znaleźć ten, który pozwalał wjechać na taras widokowy na dachu. To była imponująca panorama. Londyn jest wielki. Widać też na ulicach, że miasto istnieje od dawna i mimo pożarów i zniszczeń wojennych nadal można tam spotkać kilkusetletnie zabudowania. Często bezpośrednio sąsiadujące z nowoczesną architekturą. Klimat jest wyjątkowy. Wyjątkowy jest też poziom frustracji, który osiąga prawilny kontynentalny Europejczyk, kiedy łapie się na tym, że zaraz wejdzie pod autobus, bo tu wszyscy jeżdżą po złej stronie drogi. Straszliwie trudno było się pilnować tego, żeby rozglądać się w sposób przeciwny, niż zwykle. W tym momencie było już późne popołudnie, a my mieliśmy w nogach ponad 20 kilometrów, więc przyszła pora złapać czerwony piętrowy autobus i podjechać wzgłuż Hyde Parku do naszego małego hoteliku za Kensington Gardens. Zrobiliśmy po drodze małe zapasy i postanowiliśmy odpocząć. Następne dwa dni przewidywały wydarzenia z gatunku tych absorbujących.

Nazajutrz szybkim spacerem przeszliśmy przez oba parki, z którymi sąsiadował nasz hotel i podjechaliśmy na full english breackfast w Double. J's Cafe. Następnie skierowaliśmy swoje kroki w stronę sławnego British Museum. Ale to był szał. Były mumie. Był kamień z Rozetty. Były Asyryjskie lamassu. Były rzeźby zdjęte z Partenonu. Tak, to jest selfie z Sokratesem. Był Necronomicon. Ups. Scratch that. Niczego nie widzieliście. Tak czy inaczej, w głowie się nie mieści ile ci Brytole nakradli pięknych rzeczy po całym świecie. Na zwiedzenie tego wszystkiego trzeba przeznaczyć minimum cały dzień. Serio.








Z British Museum udaliśmy się na Trafalgar Square trochę odpocząć, a później do Fishcotheque na lokalne fish&chips. Na koniec przeszliśmy się jeszcze Oxford st. i złapaliśmy transport do hotelu.

Druga z głównych atrakcji wyjazdu mieściła się niedaleko naszego hotelu. Przeszliśmy się przez Kensington Gardens, obok Kensington Palace i Royal Albert Hall i już naszym oczom ukazało się neoromańskie gmaszysko sławnego Natural History Museum. NHM to kolos. wygląda jak katedra. Od wejścia w wielkim głównym holu wita gości podwieszony pod sufitem majestatyczny szkielet największego aktualnie występującego stworzenia na ziemi - płetwala błękitnego. Są dinozaury, mamuty, tygrysy szablozębne, ryczący na gości znienacka animatroniczny tyranozaur naturalnych rozmiarów i prześmieszny szkielet ptaka dodo. Muzeum ma całe piętra i skrzydła przyrodniczych cudów, a na czubku - skarbiec z rzadkimi minerałami, kamieniami szlachetnymi i klejnotami osadzonymi w biżuterii. Można tam błądzić godzinami. Można też, tak jak ja, strzelić sobie selfika z Karolem Darwinem. In your face kreacjoniści. Po wyjściu z muzeum pojechaliśmy do Pizza Pilgrims na posiłek.














Byliśmy wykończeni, ale zadowoleni. Londyn jest dla turysty trochę jak Rzym. Można na ślepo ruszyć w dowolną stronę i zawsze po chwili trafi się na coś wyjątkowego. Wygląda dziwacznie z tą swoją wszechobecną eklektycznością. Jest bardzo głośny i chaotyczny w ten multikulturowy sposób, który cechuje postkolonialne stolice i ma bardzo wyrazisty charakter.