
- Nudzi mi się. Popłyńmy gdzieś, gdzie jest ciepło.
- To poszukaj jakichś rejsów w internetach.
- Już. Może być ta przypadkowo wygooglowana firma?
- Ok. Rezerwuj 2 koje.

W taki właśnie sposób poznaliśmy Piotra z Glob Tourist, zobaczyliśmy ojczyznę demokracji (która w głosowaniu skazała na śmierć swojego najmądrzejszego obywatela za to, że zadawał trudne pytania) i zakochaliśmy się w żeglowaniu po Grecji.

Grecję już kiedyś odwiedziliśmy. Dawno temu, jeszcze przed powstaniem pierwotnej wersji bloga, byliśmy na Zakynthos. To był taki klasyczny all inclusive. Czytanie książek nad hotelowym basenem i popijanie kolorowych drinków. Przyjemnie, ale jak dla nas trochę zbyt spokojnie. No i za mało morza. Tym razem miało być trochę inaczej.

Czekał nas tygodniowy rejs po Cykladach i wyspach Sarońskich. Pętla zaczynająca się i kończąca w Atenach.

Postanowiliśmy przylecieć dzień przed zaokrętowaniem i trochę się pokręcić. Szybki research ujawnił, że w stolicy Grecji wszystko kręci się wokół Akropolu. Ten kompleks świątynny posadowiony jest na wzgórzu wznoszącym się około 70 metrów ponad okolicę. W związku z tym widać go z każdego miejsca w mieście. Aby ten stan się przypadkiem nie zmienił, uchwalone zostało specjalne prawo, które zakazuje w Atenach stawiania budynków powyżej określonej wysokości. Żeby nie zasłaniały sąsiadom widoku. Wzgórze otoczone jest dużym parkiem, który rozładowuje kolejki. A kolejki są spore. Jak zwykle, warto w takich miejscach rezerwować co się da on-line i z wyprzedzeniem. Obejście całości zajmuje kilka godzin.



Po zwiedzaniu odebraliśmy bagaże z wynajmowanego przez nas mieszkania i ruszyliśmy do portu, żeby poznać skippera i załogę, zaokrętować się i zaopatrzyć jacht. Było nas łącznie 10 osób. Sternik Piotr, 4-osobowa rodzina, dwóch chłopaków w wieku okołostudenckim, Starszy gość zwany Andrzejem i nasza dwójka.


Żeglowanie po Grecji różni się dość istotnie od żeglowania np. w Chorwacji czy w okolicy Włoch. W Chorwacji jest wypasiona infrastruktura, dużo marin i wysoki komfort. Jest też drogo. We Włoszech jest po prostu drogo, ale można liczyć na to, że jakiś marinero na motorówce przyasekuruje jacht podczas cumowania. W Grecji nie ma w portach Wi-Fi, sanitariatów, personelu do pomocy, ale jest tanio. Czasem cztero-pięciokrotnie taniej. Zdarza się, że twoją cumę rzuconą na ląd złapie kelner, a trap kładziesz prosto między stoliki tawerny. W takim wypadku w dobrym guście jest zjeść w tej tawernie kolację. Jeśli chcesz wziąć prysznic na lądzie, ktoś z mieszkańców za kilka euro wpuści cię do swojego domu i pozwoli skorzystać. Czasem też pozwoli zrobić pranie. Jeśli potrzebujesz paliwa, gdzieś w porcie wisi niepozorna karteczka z numerem telefonu, pod którym mozna zamówić malutką cysternę, która przyjedzie na keję. W dobrym guście jest nie wykłucać się za bardzo o to, co wskazuje liczydło i z góry założyć, że będzie zaokrąglać na korzyść sprzedawcy.









Podczas tego rejsu odwiedziliśmy:
- Keę, gdzie jedliśmy kolację w tawernie, której stoliki ustawione są po prostu w piasku na plaży przy samej zatoce,
- Kithnos, w drodze na którą spotkaliśmy stado delfinów (prawie bucket list, gdyby Piotr nie powstrzymał mnie przed wskoczeniem do wody),
- Hydrę, na której mieszkał i tworzył Leonard Cohen, gdzie mieści się najśliczniejsze i najbardziej archetypiczne portowe miasteczko, jakie widziałem, gdzie nie ma zbytnio dróg i samochodów, więc transport odbywa się na osiołkach (osiołkach!), gdzie leni się na słońcu kilka tysięcy dziko żyjących kotów i gdzie El pierwszy raz pływała motorówką,
- Poros, Thisseus Artisan Bakery i Taverna Karavolos oraz
- Eginę, gdzie trafiliśmy na jakiś miejscowy festiwal uliczny i gdzie zgubiliśmy śrubę napędową na dzień przed odlotem do Polski i utknęliśmy w przypadkowej zatoce czekając na serwis i nie wiedząc, czy zdążymy wrócić do Aten.






Śruba spadła podczas manewru kotwiczenia na kąpiel. Na szczęście Piotr wiedział jak zareagować i sytuacja skończyła się tak, że staliśmy na kotwicy dość blisko plaży. Oczekiwanie na ekipę serwisową umililiśmy sobie poszukiwaniem zguby. Udało mi się ją zlokalizować dość szybko. Duża czarna śruba wyróżniała się na białym piasku dna. Kilka osób na pokładzie miało doświadczenie nurkowe, ale nie byliśmy w stanie zejść bez sprzętu tak głęboko, wiec potrzebna była inna metoda. Na jachcie znalazła się jakaś tonąca cuma. Wystarczyło więc zawiązać na końcu pętlę, pozwolić jej opaść na dno, a później tak pływać dookoła ciągnąc za sobą linę, żeby zahaczyć śrubę i ostrożnie podnieść ją z dna. Zabawa lekko na 2 godziny, ale się udała. Było to tyle fajne, co bezproduktywne, bo problem leżał gdzieś indziej. Na jachcie była zapasowa śruba, którą można by założyć bez łowienia starej. Potrzebna była tylko nakrętka blokująca ją na wale napędowym. Taka sama, jak ta, która puściła, zatonęła nie wiadomo gdzie i wywołała całą tę sytuację. Zapasowej nakrętki nie było. Przyszło nam czekać na ekipę serwisową cały dzień, co skutkowało tym, że do Aten wróciliśmy nocą, ale bez problemów. Wyokrętowaliśmy się nad ranem i polecieliśmy do domu z silnym przekonaniem, że jeszcze wrócimy w te okolice.
