"Vedi Napoli, e poi muori!", zobaczyć Neapol i umrzeć, powiedzieć miał kiedyś podobno Goethe. Podobno, bo jednak wcale nie on, mimo, że był Neapolem zafascynowany. Autor tej frazy pozostaje nieznany i uważa się ją za włoskie przysłowie. Wiąże się ona natomiast z dość przykrą historią. Jak podaje Wanda Klenczon "w końcu XV wieku wojska Karola VIII Walezjusza zdobyły i na kilka zaledwie miesięcy zajęły miasto. Wycofując się, Francuzi zabrali ze sobą i rozwłóczyli po Europie śmiertelnie groźną przypadłość nazwaną rychło niemocą neapolitańską albo włoską, a dalej, zależnie od tego, do jakiej nacji żywiono szczególną niechęć – chorobą francuską, kurlandzką, litewską… Po prostu syfilis, prozaiczna i brutalna rzeczywistość. Ale w świadomości Europejczyków utrwaliło się powiedzenie o wymowie romantycznej, jak z listu nadwrażliwego poety albo egzaltowanej pensjonarki." Ehh te portowe miasta... W mojej głowie funkcjonowało to przez lata w wariancie zobaczyć Rzym i umrzeć (jakiś Efekt Mandeli, czy coś). Wychodzi na jedno. Polecieliśmy i tu i tam.

El, poza tym, że uczy się włoskiego i uwielbia dolci i kawę, to jest też mistrzem i absolutnym ninją w samoloty, autobusy, bookingi i tego typu sprawy. Ja nadrabiam trochę w kwestiach morskich i tego, co warto zobaczyć. I czasem noszę plecak, kiedy jest ciężki. Ale Rzym. Rzym to zupełnie inna historia. Pamiętacie ten trend z 2023 roku polegający na tym, że kobiety pytały swoich facetów "Jak często myslisz o imperium rzymskim?", a później były kompletnie zbite z tropu, kiedy słyszały "codziennie"? No to ja też "codziennie". Dość powiedzieć, że miałem rozpisany projekt w OneNocie pilnujący tego, kiedy rusza dostępność biletów on-line na poszczególne atrakcje. Obłożenie jest takie, że bilety trzeba koniecznie kupować on-line, koniecznie na konkretny dzień i godzinę i koniecznie zaraz po otwarciu slotu sprzedaży na dany dzień. Pisałem już o tym kiedyś na blogu i w Rzymie ta metoda sprawdza się idealnie.

Zaczęliśmy w Neapolu. Ale tam jest chaos, hałas i bałagan. Mam takie stereotypowe wyobrażenie włoskiego starego miasta, gdzie uliczki są tak wąskie, że widać na murach zadrapania po próbach przejechania przez nie samochodem, od pierwszego piętra w górę plączą się pajęczą siecią sznury do suszenia prania, a zwyczaj wywalania domowych nieczystości przez balkon jeszcze nie do końca zanikł. Neapol właśnie tak wygląda. Ma też sfogliatelle i najlepszą pickę na świecie, więc mu wybaczam.





Następnego dnia rano ruszyliśmy pociągiem do Pompejów. Na miejscu nastąpił pierwszy zonk. Bilety na wjazd na Wezuwiusza były wyprzedane (to była ta jedna atrakcja, której nie załatwiliśmy on-line). Można iść pieszo, ale to zabawa na cały dzień. Musieliśmy zrezygnować. Poszliśmy zwiedzać Pompeje. Miasto jest naprawdę imponujące. W taki przerażający sposób. Cała ludzka osada licząca według szacunków 20 tysięcy mieszkańców jednocześnie usunięta z powierzchni ziemi i zachowana na wieczność. Unieśmiertelnieni przeraźliwie gorącym popiołem ludzie w klęczących pozach kojarzących się ze wznoszeniem błagalnych modlitw do bogów robią piorunujące wrażenie. Błąkaliśmy się tam powoli przez cały dzień.


Wisienką na torcie była możliwość zwiedzenia Anfiteatro di Pompei, w którym Pink Floydzi nagrywali w roku MCMLXXII film "Live at Pompei", będący zapisem koncertu, który zagrali bez publiczności, dla pustej przestrzeni. Dla duchów. To świetny film, świetna muzyka i każdemu gorąco go polecam. Jesienią 2025 roku była reedycja albumu, więc można posłuchać nowego mixu.



Z Pompejów wróciliśmy do Neapolu, żeby złapać pociąg do Rzymu. Nie wiem, czy to wina tego, że pociągi są pociągami, czy raczej że Włochy są Włochami, ale było opóźnienie. Komunikaty były niejasne, ale odcyfrowaliśmy, że chyba ktoś zginął na torach. Dojechaliśmy do wiecznego miasta dość późno, ale nie na tyle, żeby nie odebrać czekającej na nas paczki z Too Good To Go (fajny podróżniczy lifehack). Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu przy Piazza di Santa Maria Maggiore. Z dostępem do dachu (sic!).

Dzień pierwszy to część rzymska (głęboki wdech): Koloseum, Łuk Konstantyna Wielkiego, Forum Romanum, Circo Massimo, Pantheon, Piazza Navona, Fontanna di Trevi, Schody Hiszpańskie i Fontanna Barcaccia, kolumna Trajana, Altare della Patria z pomnikiem Wiktora Emanuela II, a także Mizio's Street Food i Regoli Pasticceria. Część z tego robiliśmy już po ciemku.



Koloseum faktycznie jest ogromne, ale dość dobrze zorganizowane i nie ma zatorów. Trochę dziwny jest system biletowy, który nie pozwala na zwiedzenie całości od dachu po piwnicę. Bilety podzielone na sektory, np. widownia + arena lub arena + podziemia, albo sam dach. Dziwne. Co istotne, bilety do Koloseum upoważniają też do wejścia tego samego dnia na Palatyn i do Forum Romanum. I jeszcze: znaczna pula biletów jest kupowana hurtem przez różne biura podróży i odsprzedawana z marżą lub uwzględniana w cenie różnych wycieczek. Jeśli ma się chwilę czasu i nie chce przepłacać, to warto kupować bilety na oficjalnych stronach muzeów, zamiast od pośredników. Palatyn i Forum Romanum to olbrzymi kompleks, którego obejście zajmuje kilka godzin, bo warto zajrzeć wszędzie. Część atrakcji nie jest oczywista.



Fontanny są przepiękne i zadbane, ale na selfika przed di Trevi czeka się półtorej godziny w kolejce. Poważnie. No i jeśli komuś zamarzy się odegranie Anity Ekberg w La Dolce Vita, to momentalnie zwinie go policja. Ostrzeżenia na murach informują też o bardzo wysokich mandatach.


Mnie osobiście urzekł też Panteon. Połączenie architektury z tak dokładną astronomią i to prawie 2 tysiące lat temu budzi szacunek.


Podczas tego całego łażenia na nogach trzymała nas pyszna kawa pita na włoskich zasadach. Nad espresso się nie deliberuje. Picie na stojąco, przy barze jest tańsze, niż przy stoliku na krzesłach, mleko w kawie tylko przed południem, "Coffe!" jest droższe, niż "Buongiorno. I'd like a coffe, please.", dziwne napoje kawopodobne są dla turystów, zawsze warto dobrać do zamówienia coś słodkiego.

Drugiego dnia wybraliśmy się do Watykanu. Przeszliśmy przez Most Św. Anioła i obok Castel Sant'Angelo, żeby dostać się na plac Św. Piotra od północy. Wejście na plac jest odgrodzone i żeby wejść, trzeba przejść przez kontrolę bezpieczeństwa Na szczęście nie tak głupią, jak na lotniskach. Nikt nie wyjmuje ludziom z plecaka wody ani pizzy z wczorajszego Too Good To Go. Bazylika Św. Piotra Jest ogromna. Szczególnie wewnątrz czuć potęgę organizacji, która ją ufundowała. Zwiedzanie zajmuje godzinę do półtorej. Warto zaopatrzyć się w audioprzewodnik. Możliwe jest wejście na kopułę i na dach, jeśli wykupiło się bilety wcześniej i zgrało godzinę wejścia na kopułę z godziną wejścia do bazyliki. Z dachu jest fantastyczny widok w każdym kierunku. No i można zjeść wniesioną w plecaku pizzę, bo dach to już nie wnętrze kościoła. Wdrapanie się na kopułę jest jednocześnie klaustro i agorafobiczne. Wejście na górę jest ciasne. Miejscami idzie się w pochyleniu na bok (kopuła, jak sama nazwa wskazuje jest krągła), a na szczycie przestrzeni jest co nie miara. Po zejściu z kopuły i opuszczeniu bazyliki poszliśmy odpocząć w Parco della Mole Adriana i zaczekać na naszą godzinę wejścia do Muzeum Watykańskiego.





Kolejki do Muzeum Watykańskiego są absurdalne, ale proces jest tak zorganizowany, że wchodzi się z grubsza na tę godzinę, na którą ma się bilet. Obsługa dzieli ludzi na grupy i pilnuje, żeby nie było opóźnień. Blichtr i przepych onieśmielają, ale nie sposób pominąć też tego, jak cudne i artystycznie doskonałe są zebrane tam eksponaty. Całość nie ma porównania. Na końcu czeka na zwiedzających Kaplica Sykstyńska.


Każdy kojarzy fragment ze stworzeniem Adama, ale on jest malutki. Jeden z wielu. Cała kaplica pokryta jest freskami. Sufit, ściany, wszystko. Jest się tam wewnątrz obrazu. Może bardziej komiksu, bo te freski opowiadają historie. Z kaplicą wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. zdjęcie umieszczone na blogu jest nielegalne. W kaplicy obowiązuje zakaz fotografowania i kręcą się tam ochroniarze, którzy pilnują przestrzegania zakazu. Jest ich za mało, a współczesne aparaty są za dobre i zbyt poręczne, żeby udało się to wyegzekwować, więc cała sytuacja przypomina taką głupawą grę, którą często uprawiają różne władze publiczne - dopóki nie jesteście w swoim łamaniu zakazu ostentacyjni, udajemy, że was nie widzimy. Ja, z racji wykształcenia i wykonywanego zawodu, za nic mam zakazy i ograniczenia, które nie są prima facie rozsądne, lub które nie zostały sensownie wyjaśnione i uzasadnione, więc próbę zrobienia zdjęcia podjąłem. Niestety z mizernym skutkiem. Na szczęście El okazała się być lepszym fotopartyzantem i dlatego można się tu cieszyć widokiem kawałka tego sławnego sufitu.

