
3 dni po 100 km na rowerze… 300 km od domu… sama… chociaż do tej pory najdłuższe wycieczki robiłam po 60 km a moja wiedza o naprawie roweru skończyła się na wpisaniu do telefonu numeru najbliższego warsztatu – brzmi jak świetny plan na wycieczkę, prawda? Mazurska Pętla Rowerowa, czyli 282 km dookoła jezior mazurskich zapowiadała się jako piękna, malownicza trasa przez sielskie wioski, lasy, kwieciste łąki po których dostojnym krokiem chodzą bociany. Nawet nie pamiętam, kiedy wpadłam na ten pomysł, ale im bliżej majówki tym częściej sprawdzałam, czy pogoda pozwoli na taki wypad w tym roku. Gdy stało się już jasne, że będzie dogodne „okno pogodowe” – poprosiłam Grzegorza o podwózkę, pożyczyłam od Karoliny sakwę, kupiłam kilka potrzebnych drobiazgów, spakowałam absolutne minimum potrzebnych rzeczy i nastawiłam budzik na 6 rano, żeby dojechać do punktu wyznaczonego jako start.



Dzień 1. Krzyże – Mikołajki – Mrągowo - Ryn
Dwa razy w trakcie tych 3 dni
pożegnałam się z pomysłem wyjazdu. Pierwszy nastąpił 5 minut po wyjściu z domu, gdy okazało się,
że w trakcie serwisu wiosennego warsztat tak zacisnął hamulce, że nie było możliwości ich
rozpięcia, żeby zdjąć koło i zapakować rower do samochodu. Na szczęście spuszczenie powietrza
pomogło i spokojnie dojechaliśmy do Krzyży. Po szybkim śniadaniu ruszyłam w stronę Ruciane-Nida.
Zgubiłam szlak już na pierwszych 10 kilometrach i do Rucianego dojechałam normalną drogą;) Na
szczęście okazało się, że północna część szlaku była najgorzej oznaczona i później nie było już
tego problemu. Pierwszy dzień zapowiadał się najtrudniej ze względu na podjazdy między
Mikołajkami a Węgorzewem i słabą nawierzchnie, i tak rzeczywiście było. Szutry, piachy, drogi
gruntowe po których regularnie jeżdżą ciągniki zostawiając ślad „gąsienicy”, który pod kołami
roweru pracuje jak tarka, kamienie, bruk. Dzień zakończyłam w Rynie.





Dzień 2. Ryn – Sztynort – Węgorzewo – Giżycko
Dzień zaczęłam wcześnie, bo
około 7 rano startując w stronę Sztynortu gdzie miałam w planie odpocząć chwile i zjeść drugie
śniadanie. Pierwsza część trasy zapowiadała długi dzień, bo nawierzchnia znowu nie
rozpieszczała, ale nie ma tego złego – bo jadąc wolniej mogłam podziwiać piękne widoki. Za
Sztynortem okazało się, że Mazury jednak trochę, nieśmiało potrafią „w asfalt” i ścieżki
rowerowe wiec mogłam przyśpieszyć i do Giżycka dojechałam dość wcześnie co pozwoliło mi na
zrobienie prania, zakupów i solidny odpoczynek. Tym razem nocleg wybrałam w COS Giżycko, który
jest ślicznie położony bezpośrednio nad Kisajnem wiec część mojego odpoczynku polegała na
siedzeniu na pomoście i oglądaniu żaglówek spływających do mariny na noc.




Dzień 3. Giżycko – Nowe Guty – Pisz – Krzyże
Rano przygotowana do drogi,
dumna z siebie, bo to już ostatni dzień – zobaczyłam flaka w przednim kole. Zdałam sobie sprawę,
że zdobycie dętki może być niemożliwe w niedzielę…na dodatek w niedzielę 3 maja…, ale zaraz
zaraz, przecież COS to ośrodek sportowy, pewnie mają jakaś dętkę… nie dość, że mieli to jeszcze
przemiły pan Rafał mi ją założył, napompował koło i życzył miłej dalszej trasy. Z lekkim
opóźnieniem ruszyłam w trasę i ku mojemu zdziwieniu okazało się, że to na tym odcinku schował
się cały mazurski asfalt (no poza 30 km odcinkiem, na którym zastanawiałam się czy ktoś kto
wyznaczał trasę chociaż raz sam po niej przejechał). Po drodze zatrzymałam się w mini Malediwach
tj. w Nowych Gutach nad jeziorem Śniardwy a później już zaczynał się bardziej znajome tereny –
bo w Piszu nad jeziorem Roś i nad Jeziorem Nidzkim bywamy regularnie co rok. Do Krzyży
dojechałam zmęczona, ale szczęśliwa. Tym razem również miałam zapewniony transport, Grzesiek
poświęcił pół dnia, żeby przyjechać po mnie i przywieść mnie do domu, za co jestem bardzo
wdzięczna.

Po co to zrobiłam? Nie umiem odpowiedzieć sensownie. Bo chciałam? Bo mogłam? Nie wiem, myślałam, że znajdę to „why” po drodze… ale wyniosłam z tej przygody inną ważną życiową lekcje: „jadąc rowerem nie jedz na raz 3 żelków bo będzie ciężko oddychać… a już zdecydowanie nie rób tego bezpośrednio przed podjazdem pod górkę”.