Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Od dłuższego czasu chodził za nami pomysł sprawdzenia, jak poradzilibyśmy sobie w dłuższym rejsie tylko we dwójkę. Myśleliśmy o miesiącu. Ostatecznie stanęło na 3 tygodniach. Miejscem od początku była Grecja. Raz, że bardzo nam się podoba. Dwa, że jest tania. Trzy, że stosunkowo łatwa i bezpieczna nawigacyjnie. Sporady i morze Egejskie wybraliśmy drogą eliminacji. Na Cykladach już byliśmy. Morze Jońskie sprawia wrazenie akwenu bardziej wymagającego żeglarsko, a pozostałe rejony wykraczały poza budżet. Sporady it is. Pod koniec roku 2025, krótko po powrocie z wysp Liparyjskich plan był gotowy. Organizacyjnie pomogli nam Piotr i Aleksandra z GlobTourist. Działali jako pośrednik. Polecili firmę charterową, znaleźli jacht i pomogli z papierologią. Piotr dodatkowo dzielił się doświadczeniem z prowadzenia rejsów i udzielał praktycznych wskazówek na temat radzenia sobie w Grecji. W listopadzie zapłaciliśmy zaliczkę. W grudniu uzyskaliścmy uprawnienia SRC. W kwietniu zgłosiłem listę załogi. Jeszcze jakieś ostatnie zakupy (w końcu mamy te nożyki, którymi można się uwolnić w razie zaplątania w liny pod wodą przy wywrotce jachtu. Facepalm.), noclegi, autobusy i już mieliśmy wylot.

22.05.2026
Zaczęło się jak zwykle na wariackich papierach. El przezornie wzięła na dzień wylotu wolne w pracy i mogła się zająć ustawianiem systemu nawadniania domowych roślin, żeby nie pousychały pod naszą nieobecność, ale ja miałem z rana spotkania i latałem pod krawatem. Na szczęście wszystko poszło sprawnie i krótko po południu zabraliśmy torby żeglarskie i ruszyliśmy na pociąg do Modlina. Pociąg się spóźnił. W konsekwencji autobus z pociągu na lotnisko odjechał pusty. Następny był za to zapchany po sufit. Na Modlinie był tłok jak zwykle, ale przynajmniej kontrole poszły sprawnie. Czekając na samolot zająłem się lekturą "Pisma". Zawsze chciałem czytać prasę. Podoba mi się to na poziomie koncepcyjnym, ale powstrzymywała mnie niechęć do dziennikarzy i zła opinia o jakości ich pracy. "Pismo" okazało się być interesującym wyjątkiem. Spodobało mi się na tyle, że zamówiłem prenumeratę. Lot minął bez bólu i późnym wieczorem byliśmy już w Atenach. Późniejszym, niż sugerowało wewnętrzne poczucie czasu, bo Grecja jest jedną strefę czasową dalej na wschód od Polski. Na miejscu powitał nas charakterystyczny dla regionu dym papierosowy w przestrzeni publicznej, w tym na przystankach. Dotelepaliśmy się autobusem do centrum i znaleźliśmy swoje Air B&B na jedną noc. Po prawie 10 godzinach w podróży pozostało nam tylko wziąć zasłużony prysznic i kliknąć na łóżko.

Sporady - tydzień 1.

23.05.2026
Rano trzeba było złapać autobus do portu w Volos. To dobre 4,5 godziny jazdy od Aten. Bliżej byłoby z Salonik, ale nie znaleźliśmy odpowiedniego lotu. Trudno. Po drodze zaczęło lać. Nie pamiętam, żebym zaczynał jakikolwiek rejs na morzu Śródziemnym inaczej, niż od deszczu. Na szczęście nigdy nie utrzymywał się długo. Po drodze widać z autostrady Evię - największą z greckich wysp, która według mitu powstała, gdy Posejdon uderzył w ziemię swoim trójzębem i oddzielił ją od kontynentalnej Grecji żeby mieć miejsce na swój pałac. Widać również stado delfinów pływających przy powierzchni i wynurzających się z wody dla zaczerpnięcia oddechu. Takie cuda tylko tu. Po drodze minęliśmy też pomnik bitwy pod Termopilami, gdzie Grecy w wąskim gardle wąwozu odparli wielokrotnie liczniejszą armię perską. Moją ulubioną adaptacją tej historii jest komiks "300" autorstwa Franka MIllera.
Na miejscu w porcie Volos czekała na nas obsługa z firmy charterowej Sail Aegean. Jako, że był to mój pierwszy morski check-in, to trwał 3 godziny. Miałem pytania o wszystko. Wszystko musiałem zobaczyć i zrozumieć jak działa. W ramach ciekawostki, bariera językowa nie stanowiła problemu. Przeglądałem przed wyjazdem słownik żeglarskiego angielskiego, ale nie było tego słownictwa na tyle dużo, żeby nie dało się tego przeskoczyć. Zwykłe wskazanie pacem działało w razie wątpliwości dużo lepiej, niż szukanie w pamięci, jak jest "szkętla", czy coś podobnego. El jako kwatermistrz poszła w tym czasie na zakupy. Na szczęście okazało się, że supermarket dowozi na keję, bo samodzielnie nosilibyśmy je do wieczora. Zwrócilismy też uwagę, że lokalne chipsy mają mylące kolory. Solone Lays'y są czerwone, a zielone mają smak oregano. To był forshadowing kłopotu, który już powstał, a o którym nie mięliśmy jeszcze pojęcia. Pod wieczór skoczyliśmy na obfitą, streetfoodową kolację do Γοριλάκια Grilleria.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

24.05.2026
Naszym pierwszym wspólnym i samodzielnym manewrem było wypłynięcie z portu macierzystego. Stalismy na muringu rufą do kei. Wiało od lewej z umiarkowaną siłą. Po bokach było sporo miejsca. Oddaliśmy jedną cumę i muring. Pomysł był taki, żeby stanąć na chwilę na ciągu i dać muringowi zatonąć. Może i by się udało, gdyby oddana została ta druga cuma. Nie jestem pewien. Dość powiedzieć, że zamiast stać na ciągu bujnęliśmy się rufą w prawo. Niebezpiecznie blisko jakiejś motorówki. To był ten moment, kiedy należy przestać kombinować i po prostu wypłynąć. Udało się. Zaraz za portem sprawidzliśmy promień cyrkulacji, sprawność steru i siłę efektu śruby. Na koniec rozwinęliśmy oba żagle, żeby zobaczyć, czy nie ma uszkodzeń. Na szczęście nie było. Pomanewrowaliśmy trochę na żaglach po zatoce Pagasejskiej. Złapał nas jeszcze przy tym przelotny deszcz, a później już częściowo na silniku popłynęliśmy do urokliwie schowanej zatoki Agii Apostoli, żeby rzucić kotwicę na tę noc.
Na brzegu stał dom, który wyglądał jak okrągła wieża, w której mieszkały Muminki. El poszła pływać, ja robiłem coś pod pokładem. W pewnym momencie usłyszałem jej krzyk. Wybiegłem na górę i zobaczyłem, że płynie wciągnięta na bojkę asekuracyjną w stronę jachtu. W pobliżu kręciły się meduzy. Wyciągnąwszy szybko wniosek, że nie mogę tam po prostu wskoczyć, zabrałem się za zrzucanie na wodę naszego pokładowego pontonu. Okazało się to bardziej pracochłonne, niż przypuszczałem. El na szczęście wydostała się z kłopotów i samodzielnie dopłynęła do jachtu. Poparzenia objęły nogi i ramiona, ale na szczęście okazały się powierzchowne. Nie miała na sobie resztek parzydełek, nie traciła przytomności, nie wymiotowała ani nie zmieniała koloru. Teraz jesteśmy mądrzy, bo zgooglowaliśmy objawy, ale w trakcie zajścia nie było nam do śmiechu. Obserwowaliśmy ją dokładnie przez następne 2 godziny, żeby ostatecznie uznać, że na szczęście skończyło się tylko na strachu. Wstręt do tych glutów pozostał z nami do końca rejsu. Kilkukrotnie rezygnowaliśmy z kąpieli z powodu ich obecności. El wyraźnie miałą pecha. Spośród kilku rodzajów meduz występujących w tutejszych wodach tylko jeden może być groźny dla człowieka i akurat tego spotkała Najpewniej była to Pelagia noctiluca. Wieczorem siedzieliśmy na pokładzie. Ja grałem na harmonijce, El kolorowała kolorowankę. Później patrzyliśmy w gwiazdy. Przepłynęliśmy tego dnia 22 mile (morskie). W nocy wiatr odkręcił o 180 stopni i przyspieszył, zawyło na wantach i spadł deszcz. Dwa razy wstawałem sprawdzić czy kotwica trzyma.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

25.05.2026
Następny dzień zaczęliśmy śniadaniem na kotwicy. Później była kąpiel i mrożona kawa zatoczce Pithos na wypie Paleo Trikeri, a dalej to już morze Egejskie i płyniemy na Sporady. Nasza łódka to mierząca 9,4 m, wypierająca 5,1 tony i zanurzona na niecałe 2 metry Sun Odyssey 319 o wdzęcznej nazwie "Amathea" zbudowana w 2018 roku. Niesie 47,6 m2 żagla w konfiguracji slupa bermudzkiego i ma 6 koi. Jest zgrabna i stabilna, ale podwójna płetwa sterowa trochę osłabia możliwość kręcenia w nią w miejscu. Na wyposażeniu jest też pneumatyczny ponton z silnikiem, zwany dingasem. Jest niewielki, ale i tak nigdzie nie ma na niego dobrego miejsca. Przepłynęliśmy tego dnia 26 mil (48 total). Na noc stanęliśmy w nieoznaczonej zatoce. Poszedłem popływać, a El uprawiała jogę na pokładzie. Zaczyna być po nas widać opaleniznę. Słońce zachodzi. Ptaki śpiewają. Morze szumi. El robi ćwiczenia z włoskiego ja sczytuję kontrakt, który przesłała aplikantka Ania. Wakacyjny klimat. Gdzieś w międzyczasie wyszło na jaw, że zakupione celem robienia G&T zimne Schwepps'y nie są tonikami, tylko zwykłą wodą gazowaną. Wychodzi na to, że trzeba czytać etykiety.

Sporady - tydzień 1.

26.05.2026
Kolejny dzień przywitał nas słonecznym porankiem. Wypłnęliśmy bez śniadania żeby skorzystać z dobrego wiatru. Wiało do 15 węzłów, czyli mil morskich na godzinę. Jacht robił na tym wietrze około 6. Nazwa tej jednostki prędkości wzięła się z tego, że w dawnych czasach wypuszczano za statkiem linę z węzłami zawiązanymi w równych odstępach. Liczba węzłów, które zostały wyciągnięte za burtę w danej jednostce czasu pozwalała obliczyć prędkość. Szybko i w zasadzie jednym halsem dotarliśmy do zatoki Koukounaries na wyspie Skiathos. Przepłynęliśmy 16 mil (64 total). Zatoka Koukounaries ma popularną piaszczystą plażę otoczoną lasem, piaszczyste dno i czystą przejrzystą wodę. Typowa rajska plaża. Na szczęście wyludnia się wieczorem. W pobliżu są dwa duże hotele. Stanęliśmy na kotwicy w rzędzie innych jachtów. Były kąpiele, skoki do wody opalanie i relaks. Przyjemne spokojne miejsce. Po południu przyszedł czas na pierwszy test dinghy. Popłynęliśmy na ląd przespacerować się po okolicy.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

27.05.2026
Rano El zarządziła rozgrzewkę. Przepłynęliśmy wzdłuż plaży około kilometra żeby zacząć dzień z energią. Później był szybki skok na silniku do portu w mieście Skiathos i pierwsze samodzielne cumowanie. Oczywiście z przygodami. Najpierw bosman opieprzył nas, że nie zjawiliśmy się wczoraj, mimo, że dzwoniliśmy pytać o miejsce. Ciekawy przypadek nieporozumienia. Dla nas dopóki ktoś nie powie "I'm reserving a place for you" to nie ma żadnej umowy i nie ma o co mieć pretensji. Bosman uważał inaczej i utożsamił pytanie o to, czy są miejsca z tym, że ma jedno dla nas trzymać. Na szczęście ostatecznie okazał się sympatyczny i pomocny. Następnie w trakcie manewru skończył się łańcuch kotwiczny. Najbardziej popularną metodą cumowania w Grecji jest tzw. Med mooring, czyli wyrzucenie kotwicy prostopadle do kei i cofnięcie się do niej rufą. Jacht jest wtedy trzymany z tyłu cumami do pomostu, a z przodu kotwicą do dna. Metoda na pewno nie tak stabilna i bezpieczna, jak dominujące w Chorwacji muringi, ale znośna. Problem w tym, że w greckim kotwiczeniu wiele rzeczy może pójść nie tak. Można rzucić kotwicę zbyt blisko - w pewnynm uproszczeniu, im bliżej rzucona, tym słabiej trzyma. Można rzucić nie do końca prostopadle do kei. Wtedy jest ryzyko poplątania kotwic z jachtami stojącymi po prawej lub lewej. Przy silnym bocznym wietrze może się nie udać w trakcie cofania trafić na swoje miejsce. Jachty nie pływają bokiem, mają dużą inercję i są podatne na spychanie wiatrem. W ciasnym porcie (a przy odpowienio silnym bocznym wietrze każdy port będzie się wydawał za ciasny) jest ryzyko wpadnięcia na inne jachty (właśnie ze względu na takie okazje szarpnąłem się przed rejsem na ubezpieczenie OC skippera z sumą gwarancyjną 15 mln euro). Można wreszcie rzucić kotwicę za daleko. Tak było w naszym przypadku. Podczas check-in'u pracownik armatora zapewniał, że jacht ma 60 m łańcucha kotwicznego. Miał 45. Przekonałem się o tym, kiedy El w trakcie cofania, pół długości łódki od kei krzyknęła z dziobu, że skończyła się kotwica. Byłem zajęty pilnowaniem, żeby nie poobijać jachtów po prawej i lewej i jednoczesnym podawaniem rufowych cum na ląd do czekającego bosmana, żeby zrozumieć, co chciała mi przekazać. Kiedy już w miarę się ustabilizowaliśmy, poszedłem zobaczyć o co chodzi. Nie dość, że łańcuch kotwiczny się skończył, to jeszcze był poza windą kotwiczną. Z forpiku przez windę i przed dziób wystawała lina, którą końcówka łańcucha kotwicznego była przywiązana do jachtu (sic!). Zrobiło mi się gorąco. Gdyby tej liny nie było, nie dość, że straciłbym panowanie nad jachtem w trakcie manewru, to jeszcze musiałbym nurkować w porcie w poszukiwaniu kotwicy. Poluzowaliśmy z bosmanem cumy na rufie, żeby jacht przesunął się trochę do przodu i dał mi nieco luzu do manipulowania liną na dziobie, przeciągnąłem ostrożnie linę i końcówkę łańcucha przez windę kotwiczną (która na szczęście od razu chwyciła i jednocześnie nie zmieliła mi dłoni na krwawą papkę) z powrotem na jacht i wybrałem metr łańcucha przez windę. Na koniec ciągiem silnika napiąłem łańcuch i cofnąłem jacht do kei na tyle, żeby wybrać cumy rufowe i stanąć na tyle blisko, żeby dało się położyć trap i zejść z jachtu. Gdybym miał włosy, to pewnie przybyłoby mi po tej akcji siwych. Sympatyczny bosman powiedział "relax skipper, it's good" i skasował 6 euro za postój oraz wydał kartę aktywującą słupek z wodą i prądem o wartości 15 euro. Uwielbiam za to Grecję. Dla porównania, postój we Włoszech na Stromboli kosztował nas w ubiegłym roku 130 euro bez prądu ani wody. Z karty nie wykorzystaliśmy ani centa, bo słupek był opłacony z góry za kilka dni. Przepłynęliśmy 6 mil (70 total)
Miasteczko i cała wyspa Skiathos słyną między innymi z tego, że był tu kręcony film "Mamma Mia". Miało to doniosły wpływ na potencjał turystyczny wyspy. Senne portowe miasteczko stało się celem wycieczek tysięcy turystów, gółwnie z wysp brytyjskich. Namnożyło się tawern, kafejek, agencji wynajmu samochodów, skuterów, rowerów, motorówek, rejsów "Mamma Mia cruises", Sklepów z rękodziełem, z lokalnymi przysmakami i oczywiście hoteli i lokali na wynajem. Szczególne wrażenie robią Mamma Mia cruises, które wożą turystów statkami wycieczkowymi po plażach i miejscach, gdzie były plany zdjęciowe, grając przy tym przez cały dzień piosenki Abby. Poza Brytyjczykami na ulicach miasta często dało się też usłyszeć Polaków. W ogóle Polaków spotykaliśmy prawie na każdej odwiedzanej wyspie. Ciekawe, że często nie były to osoby, które przypłyneły na nie jachtem.
Samo Skiathos było w sposób typowy dla Grecji pocztówkowo-bajkowo-śliczne. Małe białe domki zdobione czerwoną dachówką i żywo niebieskimi drzwiami i oknami pięły się po zboczu góry, u stóp której mieścił się port, a między nimi wiły się wężowato uliczki, które nigdy nie słyszały o koncepcji kąta prostego. Były za to wszystkie ozdobione kolorowymi kwiatami, drzewami i różnymi ręcznie wykonanymi drobiazgami. Całość sprawia wrażenie zatrzymanego w czasie i oderwanego od prawdziwego świata zdominowanego przez patodeweloperkę i wieżowce na każdym rogu (warszawska perspektywa, wiem). Tutaj każde miasto pnie się po zboczu jakiejś góry i nie ma szans na spacer bez stromych podejść. W takich okolicznościach przyrody poszliśmy zrobić pranie. Na większych wyspach w portach daje się znaleźć "laundromaty", które za niewielką opłatą piorą i suszą to co się do nich wrzuci. Z nieznanych mi przyczyn laundromaty często są wybierane na wygodne miejsce do wygrzewania się przez miejscowe koty. A kotów na wyspach jest mnóstwo. Nie mają tu naturalnych drapieżników, ludzie je lubią i dokarmiają, więc rozmnożyły się na potęgę i leżą w cieniu na ciepłych kamieniach dosłownie co kilka kroków.
Po pralni odwiedziliśmy jeszcze Glykostyllas Skiathos Pastry Shop serwujący obłędnie pyszne lody z ptysiami, polewami i posypkami. W trakcie postoju ładowaliśmy prąd z kei, a przed wypłynięciem uzupełniliśmy w zbiorniku zużytą słodką wodę. Celowo nie piszę "pitną", bo różnie bywa z czystością i w portach i na samych jachtach. Lepiej nie ryzkować i ograniczyć jej użycie do pryszniców. Nad wejściem do portu Skiathos przebiega podejście do lądowania miejscowego lotniska. Samoloty przelatują nisko nad jachtami. Jest wyznaczona strefa, gdzie nie wolno kotwiczyć i ogólnie robi to spore wrażenie.
Korzystając z dostępności prądu i zasięgu GSM wyciągnąłem wieczorem do kokpitu komputer i połączyłem się z Kostaszem i innymi kolegami z Polski, żeby zagrać w erpeżka Cy_Borg.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

28.05.2026
Wypłynęliśmy ze Skiathos o 7 rano. Śniadanie było na wodzie. Mieliśmy w planie dłuższy przelot do mieszczącego się na Evii malutkiego portu rybackiego Pili. Nie miałem pewności ile nam to zajmie i jakie będą warunki, więc wolałem mieć zapas czasu. Wschodnie wybrzeże Evii w ogóle jest trudne nawigacyjnie. Brakuje tu zatok i portów, w których możnaby się schować w razie złej pogody lub zwyczajnie na noc. Pili było jedynym sensownym wyborem. Najpierw coś wiało, ale przez większość dnia była flauta, patelnia i zaduch. Płynęliśmy na silniku. Po drodze minęliśmy unoszącą się na wodzie dużą, niebieską plastikową beczkę, na której siedziały 3 mewy. El ułożyła na ich temat szantę do melodii "Morskich Opowieści".
Pili okazało się być pięknym małym portem rybackim w zatoce otoczonej górami. Wnętrze chronił solidny kamienny falochron z betonową keją. Miejsca było na nie więcej niż 3 jachty longside, ale byliśmy tam sami. W płytkiej części portu stały jakieś małe kutry i motorówki. Przepłynęliśmy 24 mile (94 total). Zaraz za portem, od otwartej na zatokę strony była ładna plaża z drobnych kamieni. Podczas kąpieli zauważyliśmy, że kawałek dalej jakaś para uprawia seks na brzegu. Postanowiliśmy taktownie zachować dystans.
Kiedy wróciliśmy na jacht akurat cumowała przed nami spora motorówka pod holenderską banderą. Pomogliśmy przy manewrze i zaprzyjaźniliśmy się z sympatyczną parą Andre i Bellindą. Udało nam się ich spotkać później jeszcze 2 razy. Po tych manewrach i po oblaniu się wodą z węża podpiętego do słupka na kei (nadal było gorąco) poszliśmy na spacer do pobliskiej wioski. W miejscowym mini markecie (jednym z 2) kupiliśmy oliwę i wino w plastikowej butelce nie tylko bez znaku akcyzy, ale nawet bez etykiety. Lokalna produkcja. Najlepsze, jakie piliśmy przez cały rejs. W ciasnych alejkach sklepiku zaczęła mną kiwać choroba lądowa. Miałem wrażenie, że podłoga kołysze mi się pod nogami. Smieszne uczucie.
Oliwa tutaj pachnie jak nic, czego mieliśmy szansę smakować w Polsce. W ogóle z zapachami jest tu ciekawie. Nawet z morza da sie wyczuć, że wyspy pachną. Głównie lawendą i oregano. Daje to przedziwne wrażenie.
Do nocy czekaliśmy na prognozowaną burzę, która jednak przeszła nad lądem. Oglądałem z daleka błyskawice nad górami. Posprawdzałem cumy i odbijacze i poszedłem spać. Wstałem przebudzony czymś o 4 w nocy. Wiatr wył na wantach. Dołożyłem cumę na rufie jako zapas, gdyby główna puściła.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

29.05.2026
Rano było pochmurnie. Prognoza była wątpliwa, więc postanowiliśmy zostać w Pili cały dzień. Wstaliśmy o 7 i poszliśmy biegać do wioski. Później było śniadanie na słodko i dyskusja o miodach i miodowych biznesach. Po południu długi spacer na pobliskie wzgórze i do wioski. Po drodze widzieliśmy takie dziwne worki zawieszone na drzewach poniżej wyciętych fragmentów kory. Ktoś tam zbiera spore ilości żywicy. Nie wymyśliłem po co. Był to dzień czytania, kawy i odpoczynku. Była kąpiel na drugiej plaży (za falochronem), mycie pokładu, a El upiekła nawet drożdżówki. Wieczorem oglądaliśmy pod pokładem film na laptopie. Jutro czeka nas długi przelot do Kymi - miasta portowego w połowie wschodniego brzegu Evii, znaczącego najbardziej na południe wysunięty fragment naszej wędrówki.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

Sporady - tydzień 1.

← Poprzedni post ↵ Wróć do spisu wypraw Następny post →